Autor: gladysh13

Przenosiny na wroclawskiejedzenie.pl

wpk logo 2

Chcąc się rozwijać i sprawiać wam jak najwięcej przyjemności naszymi wpisami o wrocławskich restauracjach postanowiliśmy nieco zmienić na naszym blogu. Zmiana najważniejsza – od dzisiaj nowe wpisy będą pojawiać się pod adresem wroclawskiejedzenie.pl

Robimy to, aby strona, a co za tym idzie, wpisy, były dla was bardziej dostępne i przejrzyste. Mamy nadzieję, że się to uda, a wy dalej będziecie nas odwiedzać, już pod nowym adresem. My ze swojej strony postaramy się robić relacje jeszcze lepiej.

Dziękujemy za wszystkie odwiedziny, komentarze i zapraszamy na wroclawskiejedzenie.pl

10 miejsc we Wrocławiu, w których studenci zjedzą dobrze i tanio

Rok akademicki 2014/15 właśnie ruszył, do Wrocławia płyną kolejne tabuny studentów, pora więc wyjść im nieco naprzeciw, podając kilka propozycji miejsc, w których mogą dobrze zjeść. Wiadomo, że portfel studenta to nie studnia bez dna, trzeba zaoszczędzić na imprezę, ksero itp, a jak oszczędzać, to niestety, często na jedzeniu. Na szczęście Wrocław rozwija się od względem gastronomicznym w bardzo szybkim tempie. Równolegle do powstających co i rusz burgerowni i droższych restauracji, wyskakują ciekawe bary z niedrogim, a coraz lepszym jedzeniem.

Co prawda swoje studia zakończyłem już jakiś czas temu, ale do tej pory lubię zjeść w znanych mi z tamtego okresu miejscach. Poniżej przestawiam swój, subiektywny ranking miejsc, w których warto się stołować, żeby zjeść nieźle i nie zbankrutować. Wszystkie miejsca był przeze mnie sprawdzone osobiście. Brałem pod uwagę głównie jakość potraw oraz oczywiście cenę, a także lokalizację w pobliżu głównych uczelni. Na liście starałem się umieścić zarówno miejsca z domowym jedzeniem, jak i fastfoodami, bo kto z nas podczas studiów jadł tylko i wyłącznie zdrowo?

Bar MIŚ

foto - wroclaw.pl

foto – wroclaw.pl

Miejsce kultowe, od lat będące przystanią dla głodnych studentów z pustym portfelem. Może i Miś nie plasuje się w czołówce jeśli chodzi o wybitny smak dań, ale biorąc pod uwagę ceny, nie ma sobie równych. Za zupę zapłacicie tutaj maksymalnie 2 zł, 1,30 zł za jajecznicę, 4,50 zł za pierogi ruskie, a 6,50 zł za schabowego. W Misiu możecie zjeść wszystkie standardowe dania mączne z pierogami i naleśnikami na czele, kilka różnych zup, a także dania mięsne. Jak na swoje ceny, porcje są wystarczające. Tak niskie ceny biorą się stąd, że Miś od lat jest jednym z dotowanych barów mlecznych.

Bar Miś

ul. Kuźnicza 48

 

Bar Domowe Obiady

pic_Bar-Domowe-Obiady-_468885_large

Moje odkrycie, miejsce, w którym z chęcią mógłbym jeść codziennie. Malutki lokalik przy ul. Sępa Szarzyńskiego prowadzony jest przez trzy przemiłe panie, gotujące codziennie domowe dania. Każda potrawa jest świeża, przygotowywana na bieżąco pod zamówienie, nic nie stoi w bemarach. Ceny są wyższe niż w Misiu, ale i jedzenie sporo lepsze. Za sporą porcję genialnych, domowych pierogów ruskich zapłacicie 6,50 zł, za każdą zupę, codziennie inną – 3,50 zł. Zestaw z filetem z kurczaka lub schabowym, ziemniakami i surówką oraz kompotem to koszt 13 zł. Jeśli zatęsknicie na obiadkami u mamy, wpadajcie do Domowych Obiadów. Wspomnienia na pewno powrócą.

Naszą relację znajdziecie tutaj.

Bar Domowe Obiady

ul. Sępa Szarzyńskiego 67 B

 

Bar Jak u mamy

jak-u-mamy-2

Miejsce bardzo podobne do wymienionych wyżej „Domowych Obiadów”, z ta różnicą, że położone bliżej Rynku, właściwie przy samym Uniwersytecie Wrocławskim, przez co przemiał oraz kolejki w „Jak u mamy” są sporo większe. Jedzenie jest bardzo smaczne, a już stosunek jakość-cena jest jednym z najwyższych w mieście. Pierogi ruskie zjecie za 5,50 zł, z mięsem 6,60 zł, a zestaw fileta z kurczakiem, ziemniakami i surówką za 9,30 zł. Wszystkie dania są świeże, pierogi klejone na bieżąco, a do tego wszystkiego można domówić codziennie inną zupę za – 2,40 zł.

Naszą relację możecie przeczytać tutaj.

Bar Jak u mamy

ul. Łokietka 6/1 a

 

Bazylia

bar_bazylia

Skoro jesteśmy już w okolicach Uniwersytetu, to ciężko nie wspomnieć o Barze Bazylia, która od lat karmi wrocławskich żaków. Jest to typowy multifood, w którym możecie wybrać to, co wam się żywnie podoba. Jeśli lubicie połączenie ryby ze schabowym i pierogami ruskimi, macie możliwość spróbować każdego z tych dań podczas jednego obiadu. Nakładacie tyle, na ile macie ochotę. Za każde 100 gram jedzenia zapłacicie 2,59 zł, a jeśli dobierzecie zupę, będzie ona kosztować dodatkowe 2,50 zł. Dania nie są może wykwintne, zdarza się, że leżą długo w bemarach, ale jedzenie ogólnie jest dość smaczne. Na plus działa na pewno dobra lokalizacja, zwłaszcza dla studentów wydziałów Prawa, Filologii i Historii. W ostatniej godzinie działania baru, czyli pomiędzy 18 a 19, ceny idą w dół o 50%.

Naszą relację z Bazylii przeczytacie tutaj.

Bar Bazylia

ul. Kuźnicza 42

 

 ZUPA

z15255738Q,Zupiarnia-Zupa-miesci-sie-u-zbiegu-ul--Kotlarskiej

Nie oddalając się zbytnio, trafiamy do Zupy, czyli prawdziwych mistrzów przygotowywania smacznych zup. Co ważne, każda zupa jest niedroga, bardzo pożywna i zdrowa, przygotowywana ze świeżych i sprawdzonych składników. Codziennie do wyboru macie kilkanaście różnych opcji w menu. Możecie zamawiać zarówno małe, jak i duże porcje. Ceny rozpoczynają się od 6 zł, a przychodząc z własnym pojemnikiem, nawet złotówkę mniej. Zdecydowanie polecamy!

Naszą relację z Zupy możecie przeczytać tutaj.

Zupa

ul. Szewska 24/26

 

Bar Witek

1328534045_2

Dosłownie kawałek dalej, na ulicy Wita Stwosza znajdziecie kolejne legendarne miejsce, tym razem specjalizujące się w może nieco mniej zdrowym jedzeniu. Ale któż z nas nie lubi tostów? Bar Witek to legenda wrocławskich tostów. Za 7,30 zł zjecie ogromnego tosta tradycyjnego. Spróbujcie, na pewno się nie zawiedziecie.

Nasza relacja z Witka tutaj.

Bar Witek

ul. Wita Stwosza 40/1 a

 

U Gruzina

u-gruzina-1

To miejsce, to właściwie obowiązkowa miejscówka dla studentów Politechniki. Prawdziwie gruzińskie dania wypiekane na miejscu, za niewielkie pieniądze. Co ważne, wszystkie chaczapuri są bardzo smaczne, niedrogie i mocno sycące. Już małe kubdari za 6 zł jest w stanie znacząco zmniejszyć głód. Gruziński fastfood, do którego chce się ciągle wracać.

Naszą relację z U Gruzina możecie przeczytać tutaj.

U Gruzina

ul. Curie Skłodowskiej 3 a

 

Pizza Mobile

10330489_265132973676713_1719479063883503193_n

Studia bez zamawiania pizzy na telefon, to nie studia. Zarówno podczas studenckich imprez, na kaca, a także do nauki, kiedy nie chce się wyjść z domu, a w lodówce macie tylko światło, jakąś opcją jest zamówienie pizzy. W stolicy Dolnego Śląska pizzerie można liczyć prawdopodobnie w setkach, ale tych naprawdę godnych uwagi jest ledwie kilka. Jedną z nich niewątpliwie Pizza Mobile, która co prawda mieści się przy ul. Bajana, ale możecie zamówić w każdy punkt Wrocławia. Dobra pizza, na cienkim cieście ze sporą ilością dodatków. Ceny rozpoczynają się od 13,90 zł za Margheritę.

Naszą relację z Pizza Mobile przeczytacie tutaj.

Pizza Mobile

ul. Bajana 1

 

Kebab King

kebab-king-4

 

Kebab to także jedno ze standardowych studenckich dań. Zarówno podczas dnia, jak i w nocy, po lub w trakcie imprezy. Dotychczas najlepszy jaki jedliśmy to Kebab King, który mieści się w samym centrum na ulicy Świdnickiej, a otwarty jest od 9.00 do 4 nad ranem, a w weekendy przed 24 godziny na dobę. Możecie wybierać pomiędzy mięsem wołowym i drobiowym, a także daniami zawiniętymi w chlebek lub na talerzu z frytkami. Porcje są spore, a ceny rozpoczynają się od 12 zł. Jakość mięsa może zadowolić, ilość także. Co ważne, można zamawiać jedzenie z dowozem.

Nasza relacja z Kebab King tutaj.

Kebab King

ul. Świdnicka 24/26

 

Lokanta Kebab

turek-4

Skoro powyżej był kebab w okolicach Rynku, teraz pora na ukłon w stronę osób studiujących w pobliżu Placu Grunwaldzkiego. Lokanta Kebab to mały bar na ulicy Piastowskiej z niezłym jedzeniem, dobrymi cenami oraz zniżkami dla studentów. Kebab w tortilli możecie zjeść poniżej 10 zł, zarówno z mięsem drobiowym, jak i wołowym. Mięso jest dobrze doprawione, soczyste i bardzo uczciwie podane jeśli chodzi o ilość.

Naszą relację z Lokanta Kebab znajdziecie tutaj.

Lokanta Kebab

ul. Piastowska 23

 

Mamy nadzieję, że w jakiś sposób wam pomogłem. Starałem się zamieścić na liście te miejsca, w których jedzenie naprawdę mi smakowało, a portfel nie został ogołocony do zera. Osobną listę powinienem stworzyć jeszcze dla wegetarian, którym podpowiem tylko cztery miejsca, gdzie mogą zjeść:

– Złe mięso – ul. Ofiar Oświęcimskich 19

– Najadacze – ul. Nożownicza 40

– Bar Vega – Rynek 27 a

– Machina Organika – ul. Ruska 19

Pizzasso, czyli coś nie wyszło

Tak się ostatnio składa, że jeśli jem pizzę, to zazwyczaj łączy się to z zamówieniem jej przez telefon. Wybierając stacjonarne restauracje, prawdopodobnie podświadomie unikam pizzerii, co związane jest chyba z coraz większą ilością innego fajnego jedzenia we Wrocławiu. Są jednak dni, w których nic nie smakuje tak dobrze, jak właśnie włoski specjał. Sporo osób polecało mi pizzerię Pizzasso, dowożącą rzekomo jedne z najlepszych placków w mieście. Postanowiłem w takim razie sprawdzić czy faktycznie tak jest.

Pizzasso to nietypowa pizzeria, nieposiadająca stałego menu. Każdy klient ma możliwość skomponowania swojej własnej pozycji z dowolnymi dodatkami, na które ma akurat ochotę w danym momencie.

aaaa

Mamy możliwość wyboru pomiędzy ciastem cienkim, grubym oraz razowym, a wszystkich dodatków jest kilkadziesiąt. Ciekawa opcja i spore ułatwienie zarówno dla obsługi, jak i klientów. Zwłaszcza takich, którym nigdy nie pasuje rozkład składników w pizzach znajdujących się w menu.

Zamówienie składa się przez internet, obsługa jest banalnie prosta, więc szybko decyduję się na: 32-centymetrową pizzę na cienkim cieście z pieczarkami, salami pepperoni i papryką pepperoni. Cena za całość – 21 zł, dowóz gratis. Można zapłacić online, można także gotówką przy odbiorze.

Na swoją przesyłkę czekałem około 40 minut, po przyjeździe kuriera zapłaciłem i zabrałem się za konsumowanie.

pizzaso 1 pizzaso 2 pizzaso 3

Pierwsze wrażenie – ktoś tu chyba coś przypalił. Pizza jest słusznych rozmiarów, ciasto faktycznie cienkie, ale kompletnie zaginęły składniki. Podczas zamawiania poprosiłem o dwie połowy pizzy. Na jednej miały się znaleźć tylko: sos, ser i pieczarki, na drugiej wszystko co zamówiłem. Po otwarciu pudełka okazało się, że jedna połówka faktycznie skrywa – dosłownie – wszystkie składniki, natomiast druga to zwykła margherita. Próbujemy.

pizzaso 4

 

O ile bardzo lubię mocno przypieczone pęcherzyki z mozzarelli, tak w tym przypadku były one po prostu zbyt długo przetrzymane w piecu, zwyczajnie przypalone. Sam ser, którego nie było za dużo, wypadł najlepiej. Jego mocno słony smak zdecydowanie wybijał się na pierwsze miejsce, co jak dla mnie było zaletą. Momentami pizza przypominała mi tą z Pizza Hut.

pizzaso 5

Cienkie ciasto dobrze trzymało całość, nie łamało się i było chrupiące od spodu. Dokładnie takie, jak powinno wyglądać ciasto w pizzy z dowozem.

pizzaso 6

Połówka margherity byłaby pewnie naprawdę niezła, gdyby nie została za bardzo spieczona. Z kolei druga część okazała się nieporozumieniem. Dodatki zostały w 100% zalane przez ser, ciężkie do wychwycenia. Zaginęły kompletnie pod warstwą sera, ale to nie wina wyrazistej mozzarelli, a słabej jakości pozostałych składników. Salami pepperoni raczej salami nie było, pieczarek trzeba było szukać z lupą, a mające zaostrzyć nieco smak papryczki pepperoni właściwie zniknęły kompletnie.

pizzaso 7

 

Po zjedzeniu pizzy z Pizzasso mam nieco mieszane odczucia, bo zamawiałem stamtąd jedzenie pierwszy raz, obsługa była szybka, nie chciałbym ich skreślać, ale pozostał spory niesmak, jak choćby przypalony ser i znikoma ilość dodatków. Jeśli jadłbym z zamkniętymi oczami, to na 99.9% nie rozróżniłbym obu połówek pizzy. Plus za szybki dowóz, spory minus za mało wyraźny smak pizzy oraz pomyłkę przy składnikach na obie połówki pizzy.

Pizzasso

ul. Powstańców Wielkopolskich 2/1

facebook.com/pizzasso

pizzasso.pl

A nuż widelec, czyli rodzinnie i całkiem smacznie

Śródmieście we Wrocławiu przeżywa w ostatnim czasie wysyp mniejszych lub większych barów i restauracji. Jednym z ostatnich miejsc, na które trafiłem, a właściwie które trafiło na mnie na  facebooku, okazała się mała restauracyjka A nuż widelec. Początkowo myślałem, że to bardziej kolejny bar mleczny w pobliżu, ale już po wejściu podobieństwa do typowych barów nie zauważyłem. Malutki, ale całkiem ładnie wyposażony lokal, obrusy na stołach. Taka mała, rodzinna knajpka, sprawiająca bardzo pozytywne wrażenie od początku, podobnie jak miła obsługa.

noz widelec 9 noz widelec 12

W środku znajduje się siedem stolików, istnieje możliwość zjedzenia także na szybko, przy blacie przytwierdzonym do witryny. Zabieramy się za menu, które nieco zaskakuje swoim wyglądem, przypominając o słusznie minionej epoce.

noz widelec 1 noz widelec 2
noz widelec 10 nozwidelec 11

Każdego dnia w ofercie pojawiają się inne zupy oraz dania dnia, natomiast codziennie dostępne są standardy w postaci choćby pierogów ruskich. W restauracji A nuż widelec pojawiłem się trzykrotnie, więc miałem okazję zapoznać się ze sporym przekrojem dań oferowanych w menu.

Pierwszego dnia wybrałem się z założeniem wypróbowania pierogów ruskich i tak właśnie zrobiłem, wcześniej kosztując jeszcze zupę pomidorową. Zamówienia przyjmowane są przy barze, ale potrawy przynosi nam do stolika obsługa. Ceny umiarkowane, początkowo wydawały mi się nieco za wysokie, zwłaszcza, kiedy postrzegałem A nuż widelec jako osiedlowy bar mleczny. Patrząc na jakość obsługi, duże porcje i smak, zdecydowanie uważam ceny za odpowiednie.

noz widelec 4

Zupa pomidorowa z makaronem (6 zł). Smaczna, ale jednak bez specjalnego szału. Ewidentnie kiedy ją otrzymałem była jeszcze w trakcie gotowania, ponieważ warzywa był twarde. Plus za świeże pomidory i ogólnie w miarę domowy smak, choć nieco mdły.

noz widelec 5 noz widelec 6

Otrzymując porcję ruskich (10 zł) nie za bardzo wiedziałem jak się za nie zabrać, ponieważ porcja była ogromna. Osiem, naprawdę wielkich pierogów, szczelnie wypełniało duży talerz. Ruskie zostały okraszone świeżo usmażoną cebulką, co jest ewenementem jeśli chodzi o tego rodzaju restauracje. Z dużej chmury spadł jednak mały deszcz. Poza wielkością, o pierogach ciężko powiedzieć coś pozytywnego. O ile ciasto było idealne, mięciutkie i cienkie, tak farsz zwyczajnie się nie udał. Był zbyt ziemniaczany, z ledwie delikatną domieszką białego sera i właściwie bez przypraw. Szkoda, bo zapowiadało się nieźle.

Niezrażony małą wpadką z pierogami, postanowiłem wybrać się do A nuż widelec raz jeszcze, tym razem sprawdzić smak placków ziemniaczanych, które ubóstwiam podobnie jak smażony ser. W menu nie znajdziemy placków podawanych tak, jak lubię, czyli ze śmietaną i cukrem, a tylko wersję z gulaszem za 15 zł. Obsługująca mnie pani szybko jednak zaproponowała placki bez gulaszu, a ze śmietaną i cukrem za 9 zł. Do tego domówiłem zupę kalafiorową, tradycyjnie za 6 zł.

noz widelec 7

Zupa świetna, dobrze doprawiona, z ogromną ilością warzyw i delikatnie zabielona. Z każdą kolejną łyżką przenosiłem się do czasów jedzenia obiadów u babci, która gotowała identyczne zupy.

 

noz widelec 8Na moim talerzu znalazły się tylko dwa placki, co początkowo wywołało lekkie niezadowolenie, które jednak szybko zmieniło się w przekonanie, że porcja jest wystarczająca, a co najważniejsze – smaczna. Właściwie to idealna. Świeżutko usmażone placki ziemniaczane, chrupiące, z wyczuwalnym smakiem cebuli. Prawdziwie domowe placki z dodatkiem gęstej śmietany i posypane cukrem, pysznie i domowo.

Relacja nie byłaby jednak pełna, gdybym następnego dnia nie spróbował dania mięsnego. A że z mięs zdecydowanie najbardziej lubię kurczaka, bez chwili zawahania zdecydowałem się na fileta panierowanego w słoneczniku z frytkami i surówką za 14,50 zł, a do tego barszcze ukraiński za całe 6 zł.

noz widelec 14

Barszcz, podobnie jak zupa kalafiorowa był świetny. Lepszy jadłem dotychczas tylko w Kozackiej Chatce. Zupa była delikatnie ostra, z bardzo dużą ilością dodtaków w postaci buraków, ziemniaków, marchewki, fasoli. Gęsta, wyrazista, po prostu bardzo smaczna.noz widelec 15 noz widelec 16noz widelec 13

Jeszcze lepsze wrażenie pozostawiło po sobie danie główne, czyli panierowana pierś z kurczaka ze słonecznikiem i domowymi frytkami. Tak, frytkami przyrządzanymi na miejscu. Genialne posunięcie, za które daję maksymalną notę, nawet pomimo tego, że frytki mogłyby być nieco dłużej smażone. Pierwszy raz jadłem smazonego kurczaka w połączeniu ze słonecznikiem, ale już wiem, że na pewno skuszę się jeszcze nie raz. Zrumienione ziarna słonecznika po wypuszczeniu wszystkich aromatów nadały oryginalnego smaku kurczakowi i w połączeniu z własnoręcznie krojonymi frytkami wywołały na mojej twarzy mnóstwo uśmiechu. 14,5o zł za takie danie to uśmiech losu. Mało tego, do zestawu otrzymałem świeżą i równie smaczną surówkę z czerwonej kapusty. Po takim obiadku, niby niezbyt wyszukanym,zwyczajnie odleciałem.

Po początkowej wpadce, z każdą kolejna wizytą w A nuż widelec, było coraz lepiej, a ostatniego dnia wręcz wybitnie. Oby więcej miejsc z takim jedzeniem i w takich cenach. Fajne, domowe jedzonko z bardzo miłą atmosferą w lokalu i przyjemną obsługą. Kolejny raz okazuje się, że nieważne gdzie, ale ważne jak podchodzi się do prowadzenia gastronomii. Właściciele A nuż widelec podchodzą do swojej pracy bardzo pozytywnie i należy im tylko przyklasnąć. Ze swojej strony proponowałbym zmniejszyć porcję pierogów, zwiększając jednocześnie ich jakość. Jeśli nie potrzebujecie niezwykle wyszukanej kuchni, a chcecie zjeść domowy obiad, zdecydowanie polecam to miejsce.

A nuż widelec

ul. Jedności Narodowej 103

facebook.com/pages/Anuzwidelec

www.a-nuz-widelec.pl

 

Thai-Viet, czyli chcemy więcej takich azjatyckich barów

Uwielbiamy jeść we wszelkiego rodzaju azjatyckich budkach, barach, restauracjach, stąd na blogu tak duża liczba relacji z tych miejsc. Może i zazwyczaj nikt przesadnie nie dba w nich o utrzymanie czystości i zapewnienie wygodnych warunków, ale w większości przypadków jedzenie nadrabia wszystkie braki. W Thai-Viet, ale na ul. Sztabowej już jedliśmy i byliśmy bardzo zadowoleni. Tym razem trafiliśmy na drugi bar tych samych właścicieli, tyle ze na ul. Henryka Pobożnego na Śródmieściu.

thai 3

Lokal jest mniejszy od tego na Krzykach, ale sprawia o wiele korzystniejsze wrażenie. Jest naprawdę czysto, właścicielka sprząta każdy stolik zaraz po wyjściu gości, a już naprawdę fajnie wygląda obsługa. Co prawda pani, która obsługuje nie do końca rozumie chyba po polsku, ale jest cały czas uśmiechnięta i z chęcią doradza co warto zamówić. Bardzo przyjemne pierwsze wrażenie. W jeszcze lepszy nastrój wprowadza nas menu, a właściwie ceny w nim zawarte.

thai 1 thai 2

 

Sajgonki na Sztabowej były najlepszymi, jakie dotychczas jedliśmy, więc zamawiamy je także tutaj. Bez surówki kosztują 5 zł, czyli bardzo uczciwie. Do tego domawiamy makaron z kurczakiem za 13 zł oraz żółte curry z kurczakiem za 16 zł.

Siadamy, a po niespełna pięciu minutach otrzymujemy trzy skwierczące jeszcze sajgonki.

thai 9

Standardowo na barze stoją dwa sosy – ostry i łagodny. Sajgonki polewamy ostrym, który jednak jak dla nas mógłby być jeszcze ostrzejszy.

thai 7

Sajgonki, podobnie jak w drugim barze Thai-Viet, stanowią bardzo mocną pozycję menu. Są chrupiące, ze sporą ilością mięsa i warzyw, a do tego nieźle doprawione. Dodatkowego charakteru nadaje im podkręcający smaki sos. Jeśli na sajgonki, to na pewno do Thai-Viet.

Ledwo uporaliśmy się z wcale nie małą porcją sajgonek, a już na stole wylądowały dania główne. Na pierwszy ogień – makaron po chińsku z kurczakiem.

thai 8Pierwsze co rzuciło się nam w oczy, to fakt, że w tym makaronie najmniej jest… makaronu. Co wcale nie jest problemem, ponieważ w zamian otrzymaliśmy naprawdę sporą porcję pokrojonego w paski kurczaka z dodatkiem warzyw, które zdecydowanie były świeże. Makaron miał zostać specjalnie na nasze zamówienie doprawiony do opcji bardzo ostrej, i faktycznie taki był.

Kurczak wysmażony w punkt, nie za suchy, lekko soczysty, dobrze komponował się delikatnymi warzywami, czyli głównie cebulą i papryką czerwoną oraz grzybami mun. Porcja jest spora, wzbogacona dodatkowo o naszą ulubioną surówkę z białej kapusty, która swoją słodkością doskonale równoważyła ostre smaki makaronu z kurczakiem.

Po makaronie przyszła pora na danie, o którego jakość obawialiśmy się najbardziej. Od jakiegoś roku zakochaliśmy się w curry i gdyby była taka szansa, jedlibyśmy je codziennie. Z tym większymi obawami podeszliśmy to tego zamówienia, bojąc się jak smakować będzie curry z kurczakiem w tym niepozornym barze.

thai 4 thai 5 thai 6

Kiedy tylko curry pojawiło się na stoliku, obawy odleciały gdzieś daleko. Po samym zapachu można było stwierdzić, że to będzie coś dobrego. Po całym stoliku roznosił się wyraźny aromat mleczka kokosowego, użytego do wykonania dania. To było takie curry z kurczakiem jak lubimy. Gęste, bez zbędnych dodatków, jedynie kurczak, cebula, papryka i cukinia, a wszystko pokrojone w podobnej wielkości kawałki. Curry smakowało wybornie, kurczak był mięciutki i przeszedł smakiem sosu. Na talerzyku obok dostaliśmy porcję ryżu i surówkę z białej kapusty. Musimy przyznać, że było to jedno z najlepszych curry z kurczakiem, jakie mieliśmy okazję jeść w życiu. Porcja ponownie okazała się ogromna, ciężka do przejedzenia dla jednej osoby.

Wyszliśmy z Thai-Viet bardzo zadowoleni, zawartość naszego portfela nie została zbyt mocno uszczuplona, a smak doskonałego curry na długo utrzymywał się w ustach. Obsługa w lokalu jest miła, działa niezwykle sprawnie i co najważniejsze – podaje bardzo dobre jedzenie. Thai-Viet, zarówno to przy ul. Sztabowej, jak i przy ul. Pobożnego spokojnie można zapisać na swojej liście miejsc do odwiedzenia.

Thai-Viet

ul. Henryka Pobożnego 8/1

facebook.com/BarRestauracjaThaiViet

 

Freshpoint, czyli smaczne kanapki na ciepło

Wszelkiego rodzaju barów i restauracji sieciowych staram się unikać jak ognia. Nie dlatego, że tak bardzo ich nie lubię, ale spowodowane jest to problemami z utrzymaniem odpowiedniej wagi, a jak wiadomo zestawy choćby z McDonalda specjalnie w tej kwestii nie pomagają. Dlatego też restauracje spod znaku złotych łuków od ponad dwóch lat omijam – nomen omen – szerokim łukiem, do KFC zdarza mi się zawitać raz na 3-4 miesiące, podobnie jak do North Fish. Wyjątek robię właściwie tylko dla kanapek we Freshpoint, które już jakiś czas temu zdobyły moje serce.

Freshpoint to właściwie taki fastfood, ale bazujący na nieco zdrowszych walorach aniżeli wspomniane wyżej, opierające się na wysokokalorycznych daniach, restauracje. W menu znajdziemy zarówno kanapki na ciepło, tortille oraz sałatki. Do wyboru mamy mniejsze oraz większe wersje kanapek, dostępne na pieczywie jasnym, pełnoziarnistym oraz, co ważne, także na bezglutenowym. Ceny na poniższym menu nie obowiązują wszędzie, ponieważ we Wrocławiu za kanapki Eggstra i Hot Pepperoni płaciłem 4,90 zł.

me

Freshpoint odwiedzam zazwyczaj po pracy, żeby zjeść niezbyt zapychającą kolację. Moją ulubioną kanapką, od której muszę zacząć jest ta, której w obecnym stałym menu nie znajdziecie. Kanapka Kalifornijska wyszła z menu już jakiś czas temu, choć ostatnio pojawiła się na chwilę ponownie jako opcja promocyjna.

Kanapka Kalifornijska to połączenie kurczaka w ziołach, żółtego sera, ogórka kiszonego, prażonej cebulki i sosu BBQ. Na kolację wybieram zawsze małą kanapkę na ciemnym pieczywie, która zdecydowanie wystarcza do zaspokojenia głodu. Cena – 9,90 zł. Bardzo uczciwa za jakość i wielkość kanapki.

freshpoint 6

freshpoint 7

freshpoint 3

Pewnie zbesztacie mnie w komentarzach za zdjęcia. Może nie wygląda to po otwarciu mega apetycznie, ale smakuje wybornie. Kurczaka jest sporo, można go zdecydowanie wyczuć, choć ma poważnego konkurenta w postaci ogórka kiszonego, którego kwas z kolei bardzo fajnie współgra ze słodkością sosu BBQ. Kropkę nad i stawia niezawodna cebulka prażona. Jeśli chodzi o pieczywo, to jak dla mnie jest genialne. Za każdym razem idealnie podpieczone, chrupiące z zewnątrz i mięciutkie w środku. Słyszałem sporo opinii o tym, że jest za sucha, ale przy tej ilości dodatków i sosu, zdecydowanie tak nie jest.

Eggstra, czyli kolejna kanapka, do której mam słabość. Zarówno z powodu ceny, jak i smaku. Zdjęcie jakimś dziwnym trafem zaginęło mi w trakcie wysyłania, ale wygląda mniej więcej tak.

Foto - Freshpoint

Foto – Freshpoint

W środku znajdziemy całe jajko, sałatę, sos czosnkowy oraz pomidora, z którego jednak zazwyczaj rezygnuję. Rozłożone na całej szerokości kanapki, pokrojone w plasterki jajko jest najważniejszym elementem całej układanki. Sprawia, że jedząc Eggstra czujemy się, jakbyśmy spożywali właśnie domowe śniadanie. Bardzo fajna kanapka, idealna na małą przekąskę lub na drugie śniadanie.

Kanapka Hot Pepperoni, podobnie jak Eggstra dostępna za jedyne 4,90 zł, oznaczona ostrą papryczką.

11 12Kilka plasterków pepperoni, świeża cebula, pomidor, sałata i ostry sos arabski. Ponownie rezygnuję z pomidora, ale proszę o trzykrotne podpieczenie kiełbaski. Zwyczajowo bułka z dodatkami jest przepuszczona przez opiekacz tylko raz, ale wtedy pepperoni jest zbyt miękkie. Jeśli jednak poprosimy o powtórzenie tej czynności, otrzymujemy chrupiące, delikatnie słone i ostre plasterki, które bardzo dobrze komponują się z resztą dodatków. Jeśli do czegoś miałbym się przyczepić to do sosu. Faktycznie jest dość ostry, choć ta ostrość nie jest wyczuwalna od początku, a dopiero po przełknięciu. Sos Arabski wydaje mi się jednak nieco za mdły.

Jeśli czytacie regularnie mojego bloga, wiecie pewnie, że jestem fanem ostrości, także tej ekstremalnej. Kiedy widzę przy nazwie dania oznaczenie ostrości z chęcią je zamawiam, i podobnie było z kanapką Big American.

freshpoint 3 american freshpoint american 5

Big American to kurczak w ziołach, ser gouda, pomidor, jajko, jalapeno, cebula, sąłata i ostry sos arabski. Tradycyjnie już podziękowałem za pomidora, za którym w tej postaci niespecjalnie przepadam. Cena – 11,90 zł. Kanapka jest wypchana po brzegi, naprawdę mocno sycąca. Całość ponownie smakuje ciekawie, choć jak dla mnie brakuje ostrości. Samo jalapeno tylko delikatnie pokręca smak, natomiast nie jest to nic palącego. Ilość składników sprawia, że smak Big American nie jest zbyt wyrazisty, chociaż ogólnie sprawia pozytywne wrażenie.

Poza wspomnianymi kanapkami próbowałem jeszcze Romy, która była delikatna, prawdziwie włoska oraz Delhi z kurczakiem curry, papryką, cebulą, kolendrą, sałatą i sosem holenderskim. W tym wypadku cały odbiór kanapki zepsuła nieco gorzka zielona papryka.

Freshpoint odwiedzam regularnie i raczej nie powinno się to w najbliższym czasie zmienić. Ceny są przyjazne dla portfela, smak większości kanapek mi odpowiada, zresztą nawet jeśli tak nie jest, obsługa zazwyczaj chętnie przystaje na wszelkie zmiany w składzie kanapek. Freshpoint ma być odpowiedzią na Subwaya i według mnie wyprzedza swój amerykański pierwowzór. Zdecydowanie polecam większość kanapek z pieca, zwłaszcza Kalifornijską oraz Eggstra.

Freshpoint

Pasa Grunwaldzki i CH Korona

facebook.com/fp.freshpoint

Bratwursty, czyli jakość utrzymana

Co prawda relacja z Bratwurstów już pojawiła się na  blogu jakiś czas temu, ale nie mogłem oprzeć się pokusie opisania ich jedzenia raz jeszcze. Tym razem bratwurstowego foodtrucka spotkałem w strefie kibica podczas półfinału tak szczęśliwie zakończonych dla nas siatkarskich Mistrzostw Świata. Pod Halą Stulecia zebrał się w sobotę spory tłum, który po równo okupował stosika z piwem i Bratwursty. Obsługa składająca się z czterech osób uwijała się jednak sprawnie, więc zamówienie trafiło w nasze ręce bardzo szybko. Na tyle szybko, że udało się zjeść tuż przed rozpoczęciem meczu.

10711331_823475851016839_149028189_n

bratwursty 1

Atmosfera w strefie kibica była świetna, siatkarze zapewnili niesamowite emocje, a pozytywną kropką nad i był mój ukochany smażony ser.

bratwursty 3 bratwursty 4

Właśnie – ser, a nie dostępna w większości restauracji mrożonka. Ser przygotowywany jest przez właścicieli codziennie, na bieżąco. Z taką samą częstotliwością dostarczane są także wypiekane na zamówienie bułki oraz kiełbaski, produkowane specjalnie dla Bratwurstów.

Ok, na początek ser. Cena to całe 8 zł plus złotówka za dodatkowe jalapeno dla podkręcenia smaku. Delikatnie podpieczona bułka, spory kawał smażonego sera, idealnie wysmażony boczek, a wszystko posmarowane sosem tatarskim i posypane świeżym porem. Ser w Brwatwurstach jadłem już kilka razy, za każdym razem smakował wybornie, a w tym przypadku, kiedy smak został wcześniej wzmocniony jeszcze piwem, było idealnie. Porcja jest ogromna, ciężka do przejedzenia. Ser ma chrupiącą panierkę, a po ugryzieniu jest doskonale ciągnący. Dobrą robotę wykonuje słonawy i dobrze zgrillowany boczek, a spore plasterki jalapeno dodają niezbędnej ostrości. Z całą stanowczością mogę stwierdzić, że to najlepszy smażony ser jaki jadłem, a uwierzcie mi, że tę potrawę próbowałem już chyba wszędzie.

Opis Bratwurstów nie będzie jednak pełny, jeśli nie spróbuje się będących ich motywem przewodnim wurstów. Tym razem zdecydowaliśmy się na białego Wursta z kiszoną, kosztującego 10 zł.

bratwursty 2

Przygotowaniu wurstów towarzyszy podobna procedura jak przy serze. Bułka jest grillowana, a kiełbaska podpiekana na bieżąco, dopiero po otrzymaniu zamówienia, dzięki czemu mamy pewność, że dostajemy ją soczystą, a nie wysuszoną  na wiór. Ta wersja jest minimalistyczna jeśli chodzi o ilość dodatków, co nie znaczy, że słaba. Wręcz przeciwnie, kapusta z musztardą stanowią doskonałe uzupełnienie dla wybijającej się zdecydowanie, drobno zmielonej białej kiełbaski, która jest ciekawie doprawiona, pieprzna i lekko ziołowa. Wielką siłą Bratwurstów są pyszne bułki, które dodatkowo zyskują po zgrillowaniu. Delikatnie chrupiącą na zewnątrz i mięciutka w środku.

Bratwursty potwierdziły wysoki poziom, nawet pomimo ogromnego ruchu panującego przy ich aucie. Spokojnie polecam zarówno smażony ser, jak i pyszne kiełbaski, zwłaszcza wszystkim niedowiarkom, mówiącym o foodtuckach z pogardą, jako o niższej półce gastronomicznej. Jak się po raz kolejny okazuje, można serwować fajne, smaczne i niedrogie jedzenie także z auta.

Bratwursty

ul. Wystawowa, pod Halą Stulecia 

facebook.com/bratwursty

Burger Bar, czyli takich burgerów nie chcemy

Burgerowy hype zdecydowanie przyhamował w ostatnim czasie, co wcale nie znaczy, że na gastronomicznej mapie Wrocławia nie powstają nowe miejsca specjalizujące się w serwowaniu właśnie burgerów. Niestety, z każdą kolejną wizytą w tych barach czy foodtruckach przekonuję się, że ich właściciele, po pierwsze – spóźnili się, po drugie – nie mają zazwyczaj pojęcia o gastronomii. Staram się jednak do każdego z tych miejsc dotrzeć, żeby sprawdzić czy faktycznie jakość nowo otwieranych burgerowni jest tak fatalna.

Najnowszą „perełką” we Wrocławiu jest Burger Bar przy ul. Dubois, otwarty niespełna miesiąc temu. Przyznam, że od samego początku, kiedy zobaczyłem witrynę, miałem złe przeczucia. Mimo wszystko postanowiłem sprawdzić czy da się tam zjeść coś sensownego.

bar 2

Z witryny woła do nas duży napis Burger Bar, natomiast już na potykaczu ustawionym przed lokalem jesteśmy informowani, że w środku istnieje możliwość zamówienia także tostów i pierogów. Zaleciało mi w tym momencie trochę budkami z PKS-u.

Wystrój baru jest dość nietypowy, z jasno fioletowymi ścianami, białymi stolikami, bardziej przypomina jakąś małą kawiarenkę w centrum.

bar 1

W menu zapisanym kredą na tablicy na pierwsze miejsce wyskakują tosty, dopiero niżej możemy znaleźć temat przewodni, czyli burgery. Do wyboru mamy siedem opcji, w tym najtańszy za 10 zł, ale bez frytek. Decyduję się na Bekon Burgera za 16 zł.

Obsługa klientów wygląda dość dziwnie, ponieważ wchodząc do lokalu nie zastajemy nikogo z personelu, dopiero po chwili pojawia się ktoś z drugiego pomieszczenia, które zapewne jest kuchnią.

Zgodnie z przewidywaniami pytań o stopień wysmażenia nie usłyszałem. Od osoby przyjmującej zamówienie usłyszałem także ciekawą opinię na temat boczku. Poprosiłem, jak zwykle, o wysmażony na skwarek, chrupiący bekon. W odpowiedzi poinformowano mnie, że… boczku nie da się tak przypiec. Tak więc w innych barach kucharze posiadają jakieś nadprzyrodzone moce, że otrzymuję brązowy, genialnie spieczony skwarek.

bar 3

Po niespełna dziesięciu minutach na mój stolik trafia papierowy talerzyk z frytkami i burgerem. Bułka jest ogromna i swoimi rozmiarami robi spore wrażenie. Szkoda, że tylko wrażenie, ponieważ po otwarciu górnej części, okazuje się co skrywa w środku. A nie skrywa nic specjalnego. Bekonu faktycznie nie dało się podpiec, został wrzucony do bułki po delikatnym muśnięciu go ciepłem grilla. Poza tym w środku znalazłem kilka piórek białej cebuli, sałatę, serek – prawdopodobnie hochland z folii oraz kotlet. Nie burger, kotlet. Całość została utopiona w niespotykanych dotychczas ilościach majonezu – z góry i ketchupu – od spodu. Aha, w środku znalazłem jeszcze plasterki cukinii, nie wiem dlaczego.

bar 5

 

Bułka została po prostu przekrojona. Nikt nie wpadł na pomysł, aby choćby lekko ją zgrillować. Mięso było wysuszone na wiór, miało grubość kotleta z burgerów podawanych w budkach na PKS-ie, no i zwyczajnie było fatalne, niedoprawione, gumowate, a na dokładkę i tak zdominowane przez wszechobecne sosy w postaci majonezu i ketchupu.

Zjadłem kilka gryzów, zagryzłem paroma nasiąkniętymi tłuszczem frytkami z mrożonki i podziękowałem. Z tak wątpliwych przyjemności, jak jedzenie tego a’la burgera, zrezygnowałem. Za 16 zł w wielu miejscach w naszym mieście można zjeść pyszne jedzonko, niekoniecznie fastfoodowe.

Burger Bar

ul. Dubois

Lokanta Kebab, czyli pozytywne zaskoczenie

Jeszcze kilka lat wstecz nie miałem specjalnego przekonania do wszelkiego rodzaju kebabów serwowanych w dziesiątkach budek we Wrocławiu. Ostatnio jednak coraz bardziej się przełamuję, bo też zazwyczaj mam szczęście trafiać na naprawdę dobre kebaby. Tym razem, dość przypadkowo, wpadłem do Lokanta Kebab przy ul. Piastowskiej. Szedłem akurat załatwić coś do pobliskiego salonu Skody, a że na ulicy roznosił się miły zapach, wstąpiłem na szybkie jedzenie.

turek 4

Miejsce ewidentnie nastawione na studentów, oferujące dla nich 20% zniżki na wszystkie dania. Jako że okres mojego studiowania dobiegł końca już kilka lat temu, musiałem pogodzić się ze standardowymi cenami, które i tak są bardzo przystępne.

turek 5 turek 6

Lokalik jest malutki, z kilkoma siedzeniami. Obsługuje nas Turek, który całkiem nieźle posługuje się naszym językiem i bardzo sprawnie działa przy mięsie. Szybko decyduję się na kebaba w tortilli za 10 zł, czekam dwie minuty i otrzymuję swoją paczuszkę.

turek 3

Porcja jest naprawdę duża, z mnóstwem wołowiny. Tortilla została lekko przypieczona na grillu, a w środku, oprócz mięsa,  znalazła się tylko biała kapusta i ostry sos. Poprosiłem tylko o takie dodatki, ponieważ niespecjalnie gustuję w pomidorach i czerwonej kapuście w kebabie.

turek 2 turek 1

Mięso zostało skrojone dość cienko, bezpośrednio przed włożeniem do tortilli. Smakowało bardzo fajnie, czuć było dobrze doprawioną wołowinę, a ostry sos, który okazał się faktycznie nieźle palącym dodatkiem, nie zabijał smaku, a jedynie go umiejętnie podkręcał. Wołowina była soczysta i jak dla mnie była jedną z lepszych, jakie miałem okazję jeść we wrocławskich kebabach. Do tego porcja jest prawdziwie studencka, ogromna, właściwie ciężka do zjedzenia na raz. Co ważne, całość nie jest zalana ogromną ilością sosu, dzięki czemu tortilla nie rozmięka, nic specjalnie nie cieknie nam po rękach.

Jadłem tam póki co tylko raz, bo jakoś jest mi nie po drodze, aby zawitać ponownie. Niestety, dojazd autem jest utrudniony, ponieważ ulica właściwie zawsze jest zastawiona, a najbliższy parking z nadzieją na znalezienie wolnego miejsca znajduje się chyba w Pasażu Grunwaldzkim. Mimo problemów parkingowych, polecam zdecydowanie już po pierwszym razie. Fajne, smaczne mięso, szybka obsługa i spora porcja za niewielką cenę.

Lokanta Kebab

ul. Piastowska 23

Remont, czyli studentów też powinno się szanować

Odkąd pamiętam, okolice Placu Grunwaldzkiego kojarzyły mi się z studentami, studenckimi klubikami, tanimi barami i kebabami. W ostatnich czasach coś ruszyło w kierunku polepszenia jakości oferowanych w tym rejonie usług gastronomicznych, chociaż dalej w większości lokali panuje chyba przekonanie, że student zbyt wiele nie wymaga, więc można mu podać byle co, byle jak, oby tylko było tanio i dużo, a najlepiej z niedrogim piwem. O barze Remont usłyszałem stosunkowo niedawno, podczas dyskusji na naszym facebookowym fanpage’u. Opinie były dość zróżnicowane, więc postanowiłem na chwilę cofnąć się o kilka dobrych lat, wracając do studenckich klimatów.

remont 2 remont 9

Remont znajduje się na grunwaldzkim Manhattanie, wygląda dość surowo, ale jest sporo miejsca, całkiem nieźle zaopatrzony bar, no i istnieje szansa na zjedzenie czegoś w przystępnej cenie. Karta jest dość obszerna, zamówić możemy zarówno pizzę, jedno z kilku dań głównych, zupy i dania mączne.

Remont 1

Tutaj możecie spojrzeć na całe menu. W lokalu zjawiłem się dwukrotnie i, jeśli chodzi o obsługę, to raz byłem w niebie, drugi raz w piekle. Za pierwszym razem z chęcią zostawiłem napiwek, za drugim powinienem domagać się zwrotu pieniędzy.

W obu przypadkach w Remoncie byłem w porze obiadowej, ale ruch nie był wybitnie duży, powiedziałbym wręcz, że niewielki. Pierwszym razem przyszedłem, zasiadłem na miękkiej kanapie, a po kilku sekundach doskoczyła do mnie kelnerka, proponując od raz zupę dnia, którą była ogórkowa w cenie 5 zł. Zdecydowałem się na nią, a do tego domówiłem makaron Penne z kurczakiem w sosie śmietanowym za 15 zł. Obsługą byłem zaskoczony bardzo pozytywnie, zwłaszcza kiedy po 2-3 minutach moim oczom ukazał się nieźle pachnący talerz z zupą.

remont 3

Ogórkowa była pyszna, z mnóstwem warzyw, bardzo aromatyczna. Po prostu domowa. Porcja tak dobrej zupy za pięć złotych to skarb, nie tylko dla studentów. Do tego momentu byłem pod wrażeniem, i to niemałym. Po drugim daniu pojawiła się jednak pierwsza rysa na wizerunku lokalu.

remont 4 remont 5 remont 6Co tu dużo pisać, makaron z podsmażonym kurczakiem, zalany niedoprawioną śmietaną z dodatkiem pietruszki i – dosłownie – dwóch kawałków żółtej papryki. Całość smakowała tak, jak smakować może niedoprawiony, suchy makaron z piersią z kurczaka, czyli nie smakuje. Owszem, porcja jest spora, można się nią spokojnie zapchać na cały dzień, ale drugi raz 15 zł na to danie na pewno nie wydam. Gdyby jeszcze sos był bardziej gęsty, mogłoby nie być aż takiego dramatu, ale niestety, całość spłynęła na dno talerza.

Po pierwszym razie miałem mieszane uczucia, ale w pamięci pozostała pyszna zupa ogórkowa, która sprawiła, że wybrałem się raz jeszcze.

Niestety, druga wizyta okazała się klapą w całej okazałości. Przyszedłem o podobnej porze jak ostatnio, zasiadłem i czekałem. I czekałem, i czekałem. 5 minut, 10 minut, 15 i nic. Żadna z kelnerek, chociaż na zmianie były dwie, nie pokusiła się o podejście i zapytanie czy może chciałbym coś zamówić. Pewnie dlatego, że prowadziły bardzo ożywioną dyskusję z kucharzem. Ruszyłem więc do baru, podpytać czy obowiązuje samoobsługa, bo nigdzie nic na ten temat nie jest napisane, a ostatnio zostałem obsłużony wzorowo. W odpowiedzi usłyszałem, że dzisiaj zamówienia przyjmowane są przy barze, nie wiadomo dlaczego. Chciałem zamówić żurek, niestety okazało się, że go nie. Zrezygnowałem więc z zupy, prosząc o fileta z kurczaka w panierce, z kluskami śląskimi oraz surówkami. Grzecznie poprosiłem, aby na moim talerzu wylądowała surówka z białej kapusty lub marchewka, co sprawiło bardzo duży problem, ponieważ kelnerka nie wiedziała czy może zamienić standardowy bukiet surówek na jedną z nich. Po konsultacjach z kucharzem wyszło na to, że ogólnie jest taka możliwość, ale nie dzisiaj, ponieważ marchewki nie ma, a kapusta jest… nieświeża. Zapytałem więc, co wchodzi w skład bukietu surówek, na co mocno poirytowana pani odpowiedziała, że… nie wie. Udała się więc na ponowną konsultację z kucharzem, po czym poinformowała, że: „to co jest akurat na kuchni”… Z ciekawości więc poprosiłem o tę niespodziankę, jednocześnie licząc się ze stratą 3,50 zł.

Jako że zajęte były może dwa inne stoliki, spodziewałem się szybkiego podania. Nic bardziej mylnego, moje dania trafiły do mnie po dobrych 25 minutach.

remont 7

Moją uwagę przykuł głównie bukiet surówek. Buraczki, ogórki konserwowe i czerwona kapusta, jak leci, wszystko w komplecie ze słoików. Wybaczcie, ale o walorach smakowych nie będę pisał. Spróbowałem tylko i odłożyłem na bok.

remont 8

Pięknie przystrojone danie, nieprawdaż? Pierś spora, ale usmażona w frytkownicy, co raczej nijak się ma do informacji z fanpage’a Remontu: „Tradycyjna kuchnia polska”. Jeśli myślę o tradycyjnie polskiej panierowanej piersi z kurczaka, to na pewno nie przychodzi mi do głowy danie z frytkownicy. Danie mogło smakować tak, jak smakują dania z frytkownicy, ale na pewno nie było w tym wszystkim czuć kurczaka. Gdzieś przewijały się aromaty smażonych wcześniej frytek i camemberta, tragedia. Jeszcze większym hitem okazały się kluski śląskie, wcześniej zamrożone i podgrzane w mikrofali. Niestety, ktoś nastawił chyba zły program, bo w środku były jeszcze twarde i ogólnie gumowe. Za tej wątpliwej jakości jedzenie zapłaciłem 16,50 zł.

Będąc pracownikiem Remontu wstydziłbym się podawać klientom takie dania. Zupa ogórkowa zamazała na początku fatalny obraz tego miejsca, ale szybko okazało się, że w tym lokalu ludzi się zwyczajnie nie szanuje. Jeśli nawet to typowo studencka knajpka, to wypada swojego potencjalnego klienta szanować. Czasy się zmieniły, student też wymaga odpowiedniej jakości jedzenia. Tanie czeskie piwo to chyba jedyna rzecz, która może zachęcić do przyjścia do Remontu, bo jedzenie zdecydowanie odradzam.

Bar Remont

Pl. Grunwaldzki

facebook.com/Bar.Remont