Fast food

Bratwursty, czyli jakość utrzymana

Co prawda relacja z Bratwurstów już pojawiła się na  blogu jakiś czas temu, ale nie mogłem oprzeć się pokusie opisania ich jedzenia raz jeszcze. Tym razem bratwurstowego foodtrucka spotkałem w strefie kibica podczas półfinału tak szczęśliwie zakończonych dla nas siatkarskich Mistrzostw Świata. Pod Halą Stulecia zebrał się w sobotę spory tłum, który po równo okupował stosika z piwem i Bratwursty. Obsługa składająca się z czterech osób uwijała się jednak sprawnie, więc zamówienie trafiło w nasze ręce bardzo szybko. Na tyle szybko, że udało się zjeść tuż przed rozpoczęciem meczu.

10711331_823475851016839_149028189_n

bratwursty 1

Atmosfera w strefie kibica była świetna, siatkarze zapewnili niesamowite emocje, a pozytywną kropką nad i był mój ukochany smażony ser.

bratwursty 3 bratwursty 4

Właśnie – ser, a nie dostępna w większości restauracji mrożonka. Ser przygotowywany jest przez właścicieli codziennie, na bieżąco. Z taką samą częstotliwością dostarczane są także wypiekane na zamówienie bułki oraz kiełbaski, produkowane specjalnie dla Bratwurstów.

Ok, na początek ser. Cena to całe 8 zł plus złotówka za dodatkowe jalapeno dla podkręcenia smaku. Delikatnie podpieczona bułka, spory kawał smażonego sera, idealnie wysmażony boczek, a wszystko posmarowane sosem tatarskim i posypane świeżym porem. Ser w Brwatwurstach jadłem już kilka razy, za każdym razem smakował wybornie, a w tym przypadku, kiedy smak został wcześniej wzmocniony jeszcze piwem, było idealnie. Porcja jest ogromna, ciężka do przejedzenia. Ser ma chrupiącą panierkę, a po ugryzieniu jest doskonale ciągnący. Dobrą robotę wykonuje słonawy i dobrze zgrillowany boczek, a spore plasterki jalapeno dodają niezbędnej ostrości. Z całą stanowczością mogę stwierdzić, że to najlepszy smażony ser jaki jadłem, a uwierzcie mi, że tę potrawę próbowałem już chyba wszędzie.

Opis Bratwurstów nie będzie jednak pełny, jeśli nie spróbuje się będących ich motywem przewodnim wurstów. Tym razem zdecydowaliśmy się na białego Wursta z kiszoną, kosztującego 10 zł.

bratwursty 2

Przygotowaniu wurstów towarzyszy podobna procedura jak przy serze. Bułka jest grillowana, a kiełbaska podpiekana na bieżąco, dopiero po otrzymaniu zamówienia, dzięki czemu mamy pewność, że dostajemy ją soczystą, a nie wysuszoną  na wiór. Ta wersja jest minimalistyczna jeśli chodzi o ilość dodatków, co nie znaczy, że słaba. Wręcz przeciwnie, kapusta z musztardą stanowią doskonałe uzupełnienie dla wybijającej się zdecydowanie, drobno zmielonej białej kiełbaski, która jest ciekawie doprawiona, pieprzna i lekko ziołowa. Wielką siłą Bratwurstów są pyszne bułki, które dodatkowo zyskują po zgrillowaniu. Delikatnie chrupiącą na zewnątrz i mięciutka w środku.

Bratwursty potwierdziły wysoki poziom, nawet pomimo ogromnego ruchu panującego przy ich aucie. Spokojnie polecam zarówno smażony ser, jak i pyszne kiełbaski, zwłaszcza wszystkim niedowiarkom, mówiącym o foodtuckach z pogardą, jako o niższej półce gastronomicznej. Jak się po raz kolejny okazuje, można serwować fajne, smaczne i niedrogie jedzenie także z auta.

Bratwursty

ul. Wystawowa, pod Halą Stulecia 

facebook.com/bratwursty

Reklamy

Burger Bar, czyli takich burgerów nie chcemy

Burgerowy hype zdecydowanie przyhamował w ostatnim czasie, co wcale nie znaczy, że na gastronomicznej mapie Wrocławia nie powstają nowe miejsca specjalizujące się w serwowaniu właśnie burgerów. Niestety, z każdą kolejną wizytą w tych barach czy foodtruckach przekonuję się, że ich właściciele, po pierwsze – spóźnili się, po drugie – nie mają zazwyczaj pojęcia o gastronomii. Staram się jednak do każdego z tych miejsc dotrzeć, żeby sprawdzić czy faktycznie jakość nowo otwieranych burgerowni jest tak fatalna.

Najnowszą „perełką” we Wrocławiu jest Burger Bar przy ul. Dubois, otwarty niespełna miesiąc temu. Przyznam, że od samego początku, kiedy zobaczyłem witrynę, miałem złe przeczucia. Mimo wszystko postanowiłem sprawdzić czy da się tam zjeść coś sensownego.

bar 2

Z witryny woła do nas duży napis Burger Bar, natomiast już na potykaczu ustawionym przed lokalem jesteśmy informowani, że w środku istnieje możliwość zamówienia także tostów i pierogów. Zaleciało mi w tym momencie trochę budkami z PKS-u.

Wystrój baru jest dość nietypowy, z jasno fioletowymi ścianami, białymi stolikami, bardziej przypomina jakąś małą kawiarenkę w centrum.

bar 1

W menu zapisanym kredą na tablicy na pierwsze miejsce wyskakują tosty, dopiero niżej możemy znaleźć temat przewodni, czyli burgery. Do wyboru mamy siedem opcji, w tym najtańszy za 10 zł, ale bez frytek. Decyduję się na Bekon Burgera za 16 zł.

Obsługa klientów wygląda dość dziwnie, ponieważ wchodząc do lokalu nie zastajemy nikogo z personelu, dopiero po chwili pojawia się ktoś z drugiego pomieszczenia, które zapewne jest kuchnią.

Zgodnie z przewidywaniami pytań o stopień wysmażenia nie usłyszałem. Od osoby przyjmującej zamówienie usłyszałem także ciekawą opinię na temat boczku. Poprosiłem, jak zwykle, o wysmażony na skwarek, chrupiący bekon. W odpowiedzi poinformowano mnie, że… boczku nie da się tak przypiec. Tak więc w innych barach kucharze posiadają jakieś nadprzyrodzone moce, że otrzymuję brązowy, genialnie spieczony skwarek.

bar 3

Po niespełna dziesięciu minutach na mój stolik trafia papierowy talerzyk z frytkami i burgerem. Bułka jest ogromna i swoimi rozmiarami robi spore wrażenie. Szkoda, że tylko wrażenie, ponieważ po otwarciu górnej części, okazuje się co skrywa w środku. A nie skrywa nic specjalnego. Bekonu faktycznie nie dało się podpiec, został wrzucony do bułki po delikatnym muśnięciu go ciepłem grilla. Poza tym w środku znalazłem kilka piórek białej cebuli, sałatę, serek – prawdopodobnie hochland z folii oraz kotlet. Nie burger, kotlet. Całość została utopiona w niespotykanych dotychczas ilościach majonezu – z góry i ketchupu – od spodu. Aha, w środku znalazłem jeszcze plasterki cukinii, nie wiem dlaczego.

bar 5

 

Bułka została po prostu przekrojona. Nikt nie wpadł na pomysł, aby choćby lekko ją zgrillować. Mięso było wysuszone na wiór, miało grubość kotleta z burgerów podawanych w budkach na PKS-ie, no i zwyczajnie było fatalne, niedoprawione, gumowate, a na dokładkę i tak zdominowane przez wszechobecne sosy w postaci majonezu i ketchupu.

Zjadłem kilka gryzów, zagryzłem paroma nasiąkniętymi tłuszczem frytkami z mrożonki i podziękowałem. Z tak wątpliwych przyjemności, jak jedzenie tego a’la burgera, zrezygnowałem. Za 16 zł w wielu miejscach w naszym mieście można zjeść pyszne jedzonko, niekoniecznie fastfoodowe.

Burger Bar

ul. Dubois

Remont, czyli studentów też powinno się szanować

Odkąd pamiętam, okolice Placu Grunwaldzkiego kojarzyły mi się z studentami, studenckimi klubikami, tanimi barami i kebabami. W ostatnich czasach coś ruszyło w kierunku polepszenia jakości oferowanych w tym rejonie usług gastronomicznych, chociaż dalej w większości lokali panuje chyba przekonanie, że student zbyt wiele nie wymaga, więc można mu podać byle co, byle jak, oby tylko było tanio i dużo, a najlepiej z niedrogim piwem. O barze Remont usłyszałem stosunkowo niedawno, podczas dyskusji na naszym facebookowym fanpage’u. Opinie były dość zróżnicowane, więc postanowiłem na chwilę cofnąć się o kilka dobrych lat, wracając do studenckich klimatów.

remont 2 remont 9

Remont znajduje się na grunwaldzkim Manhattanie, wygląda dość surowo, ale jest sporo miejsca, całkiem nieźle zaopatrzony bar, no i istnieje szansa na zjedzenie czegoś w przystępnej cenie. Karta jest dość obszerna, zamówić możemy zarówno pizzę, jedno z kilku dań głównych, zupy i dania mączne.

Remont 1

Tutaj możecie spojrzeć na całe menu. W lokalu zjawiłem się dwukrotnie i, jeśli chodzi o obsługę, to raz byłem w niebie, drugi raz w piekle. Za pierwszym razem z chęcią zostawiłem napiwek, za drugim powinienem domagać się zwrotu pieniędzy.

W obu przypadkach w Remoncie byłem w porze obiadowej, ale ruch nie był wybitnie duży, powiedziałbym wręcz, że niewielki. Pierwszym razem przyszedłem, zasiadłem na miękkiej kanapie, a po kilku sekundach doskoczyła do mnie kelnerka, proponując od raz zupę dnia, którą była ogórkowa w cenie 5 zł. Zdecydowałem się na nią, a do tego domówiłem makaron Penne z kurczakiem w sosie śmietanowym za 15 zł. Obsługą byłem zaskoczony bardzo pozytywnie, zwłaszcza kiedy po 2-3 minutach moim oczom ukazał się nieźle pachnący talerz z zupą.

remont 3

Ogórkowa była pyszna, z mnóstwem warzyw, bardzo aromatyczna. Po prostu domowa. Porcja tak dobrej zupy za pięć złotych to skarb, nie tylko dla studentów. Do tego momentu byłem pod wrażeniem, i to niemałym. Po drugim daniu pojawiła się jednak pierwsza rysa na wizerunku lokalu.

remont 4 remont 5 remont 6Co tu dużo pisać, makaron z podsmażonym kurczakiem, zalany niedoprawioną śmietaną z dodatkiem pietruszki i – dosłownie – dwóch kawałków żółtej papryki. Całość smakowała tak, jak smakować może niedoprawiony, suchy makaron z piersią z kurczaka, czyli nie smakuje. Owszem, porcja jest spora, można się nią spokojnie zapchać na cały dzień, ale drugi raz 15 zł na to danie na pewno nie wydam. Gdyby jeszcze sos był bardziej gęsty, mogłoby nie być aż takiego dramatu, ale niestety, całość spłynęła na dno talerza.

Po pierwszym razie miałem mieszane uczucia, ale w pamięci pozostała pyszna zupa ogórkowa, która sprawiła, że wybrałem się raz jeszcze.

Niestety, druga wizyta okazała się klapą w całej okazałości. Przyszedłem o podobnej porze jak ostatnio, zasiadłem i czekałem. I czekałem, i czekałem. 5 minut, 10 minut, 15 i nic. Żadna z kelnerek, chociaż na zmianie były dwie, nie pokusiła się o podejście i zapytanie czy może chciałbym coś zamówić. Pewnie dlatego, że prowadziły bardzo ożywioną dyskusję z kucharzem. Ruszyłem więc do baru, podpytać czy obowiązuje samoobsługa, bo nigdzie nic na ten temat nie jest napisane, a ostatnio zostałem obsłużony wzorowo. W odpowiedzi usłyszałem, że dzisiaj zamówienia przyjmowane są przy barze, nie wiadomo dlaczego. Chciałem zamówić żurek, niestety okazało się, że go nie. Zrezygnowałem więc z zupy, prosząc o fileta z kurczaka w panierce, z kluskami śląskimi oraz surówkami. Grzecznie poprosiłem, aby na moim talerzu wylądowała surówka z białej kapusty lub marchewka, co sprawiło bardzo duży problem, ponieważ kelnerka nie wiedziała czy może zamienić standardowy bukiet surówek na jedną z nich. Po konsultacjach z kucharzem wyszło na to, że ogólnie jest taka możliwość, ale nie dzisiaj, ponieważ marchewki nie ma, a kapusta jest… nieświeża. Zapytałem więc, co wchodzi w skład bukietu surówek, na co mocno poirytowana pani odpowiedziała, że… nie wie. Udała się więc na ponowną konsultację z kucharzem, po czym poinformowała, że: „to co jest akurat na kuchni”… Z ciekawości więc poprosiłem o tę niespodziankę, jednocześnie licząc się ze stratą 3,50 zł.

Jako że zajęte były może dwa inne stoliki, spodziewałem się szybkiego podania. Nic bardziej mylnego, moje dania trafiły do mnie po dobrych 25 minutach.

remont 7

Moją uwagę przykuł głównie bukiet surówek. Buraczki, ogórki konserwowe i czerwona kapusta, jak leci, wszystko w komplecie ze słoików. Wybaczcie, ale o walorach smakowych nie będę pisał. Spróbowałem tylko i odłożyłem na bok.

remont 8

Pięknie przystrojone danie, nieprawdaż? Pierś spora, ale usmażona w frytkownicy, co raczej nijak się ma do informacji z fanpage’a Remontu: „Tradycyjna kuchnia polska”. Jeśli myślę o tradycyjnie polskiej panierowanej piersi z kurczaka, to na pewno nie przychodzi mi do głowy danie z frytkownicy. Danie mogło smakować tak, jak smakują dania z frytkownicy, ale na pewno nie było w tym wszystkim czuć kurczaka. Gdzieś przewijały się aromaty smażonych wcześniej frytek i camemberta, tragedia. Jeszcze większym hitem okazały się kluski śląskie, wcześniej zamrożone i podgrzane w mikrofali. Niestety, ktoś nastawił chyba zły program, bo w środku były jeszcze twarde i ogólnie gumowe. Za tej wątpliwej jakości jedzenie zapłaciłem 16,50 zł.

Będąc pracownikiem Remontu wstydziłbym się podawać klientom takie dania. Zupa ogórkowa zamazała na początku fatalny obraz tego miejsca, ale szybko okazało się, że w tym lokalu ludzi się zwyczajnie nie szanuje. Jeśli nawet to typowo studencka knajpka, to wypada swojego potencjalnego klienta szanować. Czasy się zmieniły, student też wymaga odpowiedniej jakości jedzenia. Tanie czeskie piwo to chyba jedyna rzecz, która może zachęcić do przyjścia do Remontu, bo jedzenie zdecydowanie odradzam.

Bar Remont

Pl. Grunwaldzki

facebook.com/Bar.Remont

 

 

Frytkarnia, czyli dobry pomysł ze złym wykonaniem

W to miejsce trafiłem zupełnie  z przypadku. Przejeżdżając autem, z drogi zobaczyłem duży napis FRYTKARNIA, co automatycznie spowodowało zakodowanie tego lokalu w głowie oraz odwiedzenie go jak najszybciej. Frytki jako osobne danie nie zdobyły serc Polaków jak to miało miejsce z burgerami, to też i miejsc specjalizujących się tylko i wyłącznie w ich serwowaniu nie ma za wiele. We Wrocławiu natknąłem się dopiero na jedną, czyli Fryciarnię Amsterdam. Teraz z kolei odkryłem drugą, przy ul. Jedności Narodowej, w totalnie niespodziewanym miejscu.

frytki 1

Wchodząc do środka miałem spore obawy, bo nie pasowała mi lokalizacja – w niezbyt ciekawej okolicy. Wewnątrz poczułem się nieco jakbym cofnął się w czasie, tak kilkanaście lat, kiedy w menu zobaczyłem typowe fast foody odradzającej się dwie dekady temu Polski – tosty, zapiekanki, frytki, a także hot-dogi i placki ziemniaczane.

frytki 3

Jeszcze bardziej zaskakują ceny. Są właściwie szokująco niskie. Mała porcja frytek – 3 zł, podstawowa zapiekanka  – 4,50 zł, hot-dog – 3 zł. Nie zastanawiając się długo, zamawiam małe frytki z sosem sambal oraz zapiekankę tradycyjną z serem i pieczarkami oraz dodatkowy sos czosnkowy. W sumie płacę 9 zł, szał.

frytki 2

Obsługująca mnie pani poinformowała, że czas oczekiwania na frytki to dwie i pół minuty, natomiast na zapiekankę pięć. W międzyczasie w moje ręce trafiła jeszcze ulotka reklamująca lokal z informacją na temat sprzedawanych w Frytkarni frytek.

frytki 10

Możemy się z niej dowiedzieć, że frytki są krojone na miejscu oraz wstępnie obsmażane. I faktycznie, obsmażone ziemniaki lądują w „poczekalni” znajdującej się nad frytkownicami, a kiedy klient składa zamówienie, obsługa wrzuca je do gorącego tłuszczu. Niestety, nie jest to łój wołowy, a jedynie standardowa frytura, więc już na starcie wiadomo, że nie będą to klasyczne, wzorowane na tych belgijskich frytki, a raczej taki typowo polski, fastfoodowy zamiennik.

Po wspomnianych nieco ponad dwóch minutach otrzymuję swój papierowy rożek wypełniony świeżymi frytkami oraz sosik w plastikowym pojemniczku.

frytki 4 frytki 5 frytki 6

Frytki wyglądają dobrze, natomiast sos to jakaś pomyłka. Dokładniej mówiąc – kupny sos podawany do zapiekanek z mikrofali w najpodlejszych barach. Ostry, owszem, ale to jego jedyna zaleta. Frytki z kolei są dość grube, aczkolwiek nie przesadnie, smakowicie chrupiące na zewnątrz i puszyste w środku. Porcja jest naprawdę spora jak na cenę, ale frytki są nieco za drobno pokrojone, za krótkie. Mogłyby być jeszcze nieco bardziej podpieczone, ponieważ najbardziej lubię takie długo trzymane w tłuszczu, bardzo ciemne. Ogólnie jednak jest ok. Takie typowo domowe frytki.

Nie mogę tego napisać o drugiej pozycji z menu, którą kupiłem, czyli zapiekance.

frytki 7 frytki 9

Zapiekanka przygotowywane jest w opiekaczu i bezpośrednio po wyjęciu z niego jest jeszcze nieźle, choć nieco przerażają mnie czarne pieczarki. Niestety, dobre wrażenie skończyło się w momencie zalania całości wstrętnym sosem czosnkowym. Bułka ciekawa, fajnie przypieczona i delikatna w środku. Na zewnątrz, drobno posiekane pieczarki zostały pokryte niezbyt grubą warstwą mozarelli. Ciężko jednak cokolwiek napisać o smaku całości, ponieważ został przykryty sosem, który nie wiadomo dlaczego ktoś nazwał kiedyś czosnkowym. Bo czosnku to on nie widział nigdy na oczy, a sos to właściwie coś podobnego do majonezu, tyle że z fatalnym, octowym posmakiem.

Pomysł Frytkarni uważam za trafiony. Fajnie jest zjeść czasami prawdziwie domowe frytki, zwłaszcza w takiej cenie, a mała porcja wcale tak małą się nie okazała. Jeśli jednak właściciele chcą faktycznie zdobyć klientów, rozpocząłbym od nieco większej dokładności podczas przygotowywania frytek, zmianie tłuszczu, na którym są smażone oraz zmniejszeniu ilości sosów w menu. Mniej, a lepiej, i zdecydowanie proponuję rezygnację z tych kupnych a’la sosów.

Frytkarnia

ul. Jedności Narodowej 82/1 c

frytkarnia.com.pl

Bar Witek, czyli legenda ciągle żywa

Taka sytuacja – Wrocław, ulica Wita Stwosza, godzina 9.31. Otwarcie Baru Witek – 9.30. Przybywam na miejsce ledwie minutę po otwarciu, z samego rana. Patrzę i nie do końca dowierzam. Przy kasie stoi kolejka, składająca się z ok 10 osób.  Jeśli szukacie bardziej kultowego miejsca z fast-foodami na gastronomicznej mapie Wrocławia, uprzedzam – nie znajdziecie. Bar Witek istnieje… od zawsze, a przynajmniej odkąd pamiętam, a wygląda tak, dość niepozornie.

1328534045_2

Ostatnio opisywałem wam inne kultowe wrocławskie miejsce, gdzie serwują pyszne tosty, Bar Zbyszko. Po sprawdzeniu obu, stwierdzam z całą stanowczością – Witek jest jakieś dwie długości przed Zbyszkiem, zdecydowanie.

Miejsce nie zmieniło się od lat, ten sam wystrój, to samo menu i ciągle świetne tosty. Odwiedziłem bar przy ul. Wita Stwosza, ale we Wrocławiu możecie odwiedzić jeszcze drugą odsłonę Witka przy ul. Armii Krajowej.

Menu jest krótkie, oprócz tostów możemy zamówić także zapiekanki i udka z kurczaka.

Witek 1

Witek 2Przyszedłem jednak w jasnym celu, spróbować – po latach przerwy – tradycyjnego tosta z serem i pieczarkami za całe 7,30 plus 60 groszy za sos czosnkowy.

Oczekiwanie na podanie? Jedynie w kolejce, ponieważ tosty cały czas pieką się na bieżąco i otrzymujemy go od razu po złożeniu zamówienia. Przy okazji podpatrzyłem jak na zapleczu przygotowywane są legendarne tosty. Dwie ogromne kromki chleba tostowego zostają solidnie posypane świeżymi, posiekanymi w duże plasterki, pieczarkami, do tego dodana zostaje spora porcja masła oraz gruby kawał sera żółtego oraz przyprawy.

Efekt końcowy?

WItek 3

Otrzymujemy dużego tosta, który pachnie fenomenalnie, na przemian pieczarkami i serem. Otwieramy, i w środku natrafiamy na coś takiego.

Witek 4

Chleb jest doskonale przypieczony, suchy, a w środku możemy faktycznie rozkoszować się dużą ilością ciągnącego sera i pysznych, doprawionych papryką w proszku pieczarek. Co ważne, z pieczarek nie wylewają się litry wody, jak ma to często miejsce w innych barach. Grzybki są pokrojone w spore plastry, dzięki czemu nie rozmiękają.

Smak jest fenomenalny, jak w dzieciństwie, kiedy jadałem te tosty namiętnie. Od tamtych czasów zmieniło się niemal wszystko, został tylko Witek. Sosik czosnkowy jest własnej roboty, z gęstego jogurtu i ostrym czosnkowym posmakiem. Jak dla mnie o wiele lepszy od standardowego ketchupu.

O tym miejscu wiele więcej nie trzeba pisać, Witka trzeba odwiedzić, ciągle jest świetny.

 

Bar Witek

ul. Wita Stwosza 40/1 A

facebook.com/BarWitekWroclaw

 

Zbyszko, czyli kultowe tosty z małym „ale”

Od kiedy tylko sięgam pamięcią, we Wrocławiu mieliśmy dwa kultowe miejsca z przepysznymi tostami – Witka i Zbyszko. Przyznam jednak, że w ostatnich latach jakby nieco zapomniałem o obu i nie jadłem tam od dawna. Postanowiłem więc szybko nadrobić zaległości i odwiedzić oba lokale. Pierwsze kroki skierowałem na ulicę Bałtycką do Zbyszka. Tak, na Bałtycką, a nie Zawalną, gdzie bar swoją siedzibę miał… chyba od zawsze. Do Witka z kolei zawitam już niebawem, a tymczasem możecie wziąć udział w konkursie organizowanym przez nas wspólnie z barem.

Bar położony jest na małym placyku przy ul. Bałtyckiej, przy markecie Ponik. Lokalik jest niewielki, ale przyjemny, z kilkoma stolikami dla klientów. Na wejściu wita mnie roznoszący się zapach przypieczonego sera, który mocno pobudza kubki smakowe. Poza tostami, w Zbyszku można zamówić jeszcze kilka innych potraw.

Zbyszko 1

Ja przyszedłem jednak z jasnym założeniem – chcę zjeść najbardziej klasycznego z klasycznych, tosta z serem i pieczarkami. Wybaczcie, ale knyszę czy pitę z kebabem w tym miejscu sobie odpuszczę, po tym jak zobaczyłem co otrzymali zamawiający te dania przede mną klienci. Zresztą nie za bardzo jestem sobie w stanie wyobrazić ten kebab, który nie smaży się na głównej sali.

zbyszko 4

Ok, nie o kebabie jednak miałem tutaj pisać. Zamawiam tosta tradycyjnego za 6,50 zł, a pani informuje mnie, że będę musiał poczekać kilka minut, aż będzie gotowy.

Po rzeczonych kilku minutach zostaje wywołany, a tacce otrzymuję coś takiego.

zbyszko 2

Do każdego tosta możemy wybrać sobie jeden z typowych kupnych sosów spośród: meksykańskiego, majonezu, ketchupu i czosnkowego. Decyduję się na ten ostatni i zabieram się do pałaszowania.

Pieczywo, jak informuje nas napis na ścianie wypiekane jest na specjalne zamówienie u tego samego piekarza od lat. Jest ono większe od tradycyjnego chleba tostowego, który możemy kupić w każdym sklepie. Wygląda apetycznie, więc czym prędzej biorę tosta do ręki i gryzę po raz pierwszy.

Smakuje wybornie, jakbym cofnął się o kilka/naście lat, kiedy jako dziecko wcinałem te tosty z wielkim apetytem. Po dwóch gryzach dochodzę jednak do wniosku, że nie wszystko w tym toście gra. Chleb zaczyna być rozmoknięty, zapewne przez pieczarki, których jest w środku naprawdę sporo, a które to puściły swoje soki. Niemiłym rozczarowaniem jest także ilość sera, znikoma ilość.

zbyszko 3

Zjadam tosta do końca, ze sporymi problemami, ponieważ w międzyczasie się rozleciał. Jeśli zamierzacie wpaść do Zbyszka na tosty, pamiętajcie o zaopatrzeniu się w dużą ilość chusteczek. Ser pojawia się w niektórych miejscach, w innych niestety jakby zupełnie go nie było. W późniejszej rozmowie z siostrą, która także bywa w tym miejscu, zostałem uświadomiony, że zamawiając tosta, należy jako dodatek dobrać dodatkowy ser, wtedy jest wszystko ok.

Tosta klasycznego wZbyszku ciężko jest mi ocenić negatywnie, choćby ze względu na tradycję, ale także i świetny smak. Jest po prostu pyszny, klasyczny, ale jak wspomniałem, brakuje ostatecznego sznytu, który byłby potwierdzeniem klasy. Otrzymałem tosta zbyt „mokrego”, a chleb nie utrzymał do końca całego farszu.

Gdyby popracować jeszcze nad chrupkością tostów, wydaje mi się, że mogłoby być idealnie. Smakowo ciężko się do czegoś przyczepić. Właśnie takie tosty jadałem w dzieciństwie.

 

Bar Zbyszko

ul. Bałtycka 21

www.bar-wroclaw-xbcax.firmet.pl/

Fryciarnia Amsterdam, czyli bez holenderskiego polotu

Bary specjalizujące się w przyrządzaniu frytek nie są domeną Wrocławia. W większości miejsc, w których są one serwowane, występują zazwyczaj jako dodatek, a nie jako osobne, firmowe danie. Jakiś czas temu w samym centrum miasta powstała Fryciarnia Amsterdam. Jej właściciel założył ją w stolicy Dolnego Śląska na fali sukcesu, jaki jego pierwszy lokal odniósł w Legnicy. Miałem okazję być już pierwszego dnia na otwarciu fryciarni, i wtedy zostałem pozytywnie zaskoczony jakością smażonych krojonych ziemniaków. Całość przygotowywana jest na miejscu, do wyboru mamy kilka sosów, nieźle.

Niestety, tak było kilka miesięcy temu. Ostatnio ponownie udałem się ze znajomymi do Amsterdamu, żeby sprawdzić czy frytki dalej są smaczne i chrupiące, ale wrażenia były zgoła odmienne.

Lokal usytuowany przy ul. Więziennej, w otoczeniu włoskich knajpek, jest niewielki, z możliwością zamówienia frytek także przez okienko, bez konieczności wchodzenia do środka. Wybieramy jednak opcję zamawiania w środku baru. Menu oferuje nam frytki, zapiekanki, sałatki oraz tosty, ale tego dnia przyszliśmy smakować tych pierwszych. Zamawiamy po dużej porcji, która kosztuje 9 zł. Mniejsza to koszt 7 zł, plus sos za 1 zł.

Frytki krojone są na miejscu oraz smażone już po zamówieniu, więc nie ma mowy o odsmażanych czy nieświeżych porcjach. Czekamy kilka chwil i możemy odebrać zamówienie. Do frytek zamówiliśmy dość tradycyjne sosy, czyli majonezowy, ketchup oraz ostry, które podawane są w plastikowych kubełkach znanych z pizzerii. Według obsługi są to sosy przygotowywane na miejscu. Dziwnym trafem są nalewane z dużych pojemników kupnych sosów, dostępnych w większości podłych dworcowych barów.

fryciarnia sosy

Porcja frytek jest spora i wygląda zachęcająco. Co ciekawe, frytki nie są wcześniej solone, a na stoliku nie znajdujemy solniczki, o którą trzeba się upomnieć.

frytki

Frytki faktycznie wyglądają domowo, ale po pierwszym gryzie każdy z obecnych ma jakieś ale. Szybko dochodzimy do tego, dlaczego tak się stało. Smażone ziemniaczki tak naprawdę nie są zbyt mocno wysmażone. Frytki w większości są miękkie i nasiąknięte olejem. Nie chrupią smakowicie, jak podczas mojej pierwszej wizyty w tym miejscu. Niestety, albo ktoś czegoś nie dopilnował i za krótko smażył frytki, albo – co gorsza – takie standardy wprowadzono w Amsterdamie.

Jest jeszcze jedna wada, która mocno przeszkadza, jeśli ktoś lubi jeść bez sztućców. W torebce z frytkami jest za dużo malutkich kawałków, wręcz odpadów, które ciężko jakkolwiek uchwycić.

O sosach także ciężko powiedzieć coś pozytywnego. Smakują do bólu standardowo, ostry ostrym wcale nie jest, ketchup kupny, no i majonezowy, czyli taki jak dodawany do hot-dogów na stacjach benzynowych.

Fryciarnia Amsterdam obniżyła loty po całkiem obiecującym początku i, prawdę mówiąc, ciężko mi sobie wyobrazić, aby to miejsce na stałe wypełniło lukę na fryciarnianej pustyni, jaką jest Wrocław.

 

Fryciarnia Amsterdam

ul. Więzienna 5 c

facebook.com/fryciarnia.wroclaw