chili

Pizzeria Muzyczna, czyli śpiewająco ostra pizza na dowóz

Jako wielki fan mocniejszych brzmień z dość dużym zaciekawieniem zerknąłem w stronę Pizzerii Muzycznej , w której  muzyka jest równie ważna jak dobre jedzenie, zwłaszcza kiedy spojrzymy na ten dość oryginalny filmik promujący to miejsce.

Fajny, oryginalny pomysł, więc z chęcią zdecydowałem się na zamówienie u nich pizzy. Tym bardziej, że wśród zasłyszanych tu i ówdzie opinii, przeważały te pozytywne. Nie mogąc wyjść z pracy, postanowiłem zamówić pizzę na dowóz, a wertując menu od razu wiedziałem, że moje kubki smakowe domagają się czegoś piekielnie ostrego.

1441367_582527975134473_1042213341_n

Pani przyjmująca zamówienie przez telefon była bardzo miła i z chęcią doradziła mi, jaką pizzę wziąć, aby było faktycznie ostro. Postawiłem na małą (?) 35-centymetrową pizzę podzieloną na pół. Na jednej połówce znalazła się pizza na bazie pozycji Heavy Metal, ale bez boczku oraz mięsa, które do tej potrawy jakoś specjalnie mi nie pasują. Z kolei na drugiej chciałem spróbować totalnego standardu, stąd tylko pieczarki i ser. Całość, z dostawą, kosztowała mnie 22 zł. Nie specjalnie dużo, ale jak za małą pizzę, więcej aniżeli lokalna konkurencja.

Oczekiwanie na dostawę miało wynosić do 45 minut, ale pizza przyjechała 20 minut wcześniej, więc już na samym początku pojawił się spory plus.

muzyczna 1

muzyczna 2 muzyczna 3

Pizza wygląda nieźle, na pierwszy rzut oka ciasto jest cieniutkie, ale dobrze wypieczone, a brzegi chrupiące, aczkolwiek nie najlepsze wrażenie robią ciemne pieczarki. Konsumowanie rozpoczynam od ostrzejszej części, na której otrzymałem salami, kukurydzę, sporo chili, ser oraz ostry sos. Miałem ochotę na coś mega ostrego i faktycznie to otrzymałem. Ostrości dodaje głównie mocno aromatyczny sos z dodatkiem chili. Ciasto jest cienkie, ale nie rozmiękłe, a lekko chrupiące – za co wielki plus. Ilość dodatków jest spora, momentami wręcz przesadna, przez co ciasto – mimo dobrego wypieczenia – nie daje rady utrzymać całości.

muzyczna 5

Smakuje jednak bardzo fajnie i faktycznie ostro piecze. Nie jestem fanem kukurydzy w pizzy, ale zapomniałem poprosić o to żeby jej nie było. Okazało się jednak, że to właśnie jej słodkość dobrze łagodziła ostrość dochodzącą zarówno z sosu, jak i papryczek, a także salami. Ucieszyło mnie także mocno wypieczone salami, które dzięki temu stało się chrupkie, a nie ciągnące, jak to ma zazwyczaj miejsce w pizzach. Całość bardzo mi smakowała, ostrość bardzo odpowiadała, więc przyczepić się można jedynie do jej „ciężkości”, ale to tak na siłę.

muzyczna 4 muzyczna 6

Druga połówka okazała się standardem, ale na dobrym poziomie. Tutaj ilość dodatków była akuratnia, idealnie dopasowana do cienkiego ciasta. Mocno ciemne pieczarki mogą nieco odstraszać, ale smakują dobrze.

Wielki plus dla Pizzerii Muzycznej za ciasto, lekko chrupiące na zewnątrz oraz sprężyste w środku. Jeszcze większy za ostrą pizzę, która ostrą jest nie tylko z nazwy. Jak dla mnie, pizza o wiele lepsza od tych z sieciówek w typie Da Grasso czy Dominium, nie mówiąc o Telepizzy. Placek nie jest wcale taki mały, więc te 22 zł okazały się dobrze wydanymi pieniędzmi. Jeśli lubicie pizzę na cienkim cieście, którą rzadko można spotkać w pizzeriach z opcją dowozu, warto spróbować Pizzerii Muzycznej.

Pizzeria Muzyczna

ul. Jedności Narodowej 122 a

facebook.com/PizzeriaMuzyczna

pizzeriamuzyczna.pl

Reklamy

Casa Della Pizza, czyli przyzwoicie i drogo

Skoro ostatnio było o pizzy, to teraz czas na… kolejną pizzę. Idąc za ciosem, po wizycie w Casa Italiana, tym razem spróbowałem włoskiego dania popisowego w Casa Della Pizza przy ul. Żeromskiego 60. Jest to drugi lokal właścicieli tej restauracyjki. Pierwszy znajduje się przy ul. Partyzantów i przez okres swojej działalności dorobił się bardzo dobrej renomy. Od kilku osób słyszałem, że właśnie tam podają najlepszą pizzę w mieście, lepszą nawet od niemal legendarnej w Piecu na Szewskiej. Ja jednak wybrałem opcję na Żeromskiego z czysto praktycznych względów – po prostu jest dla mnie bliżej. Liczyłem przy tym, że receptura przyrządzania potraw jest identyczna w obu miejscach.

Casa Della Pizza zlokalizowana jest w dość nietypowym miejscu, mało restauracyjnym, w Śródmieściu, pośród starych kamienic. Sam lokal jest niewielki, z pięcioma stolikami, ewidentnie nastawiony na zamówienia z dowozem. Osobiście wybrałem się jednak, żeby spróbować pizzy na miejscu.

1656295_597495643677316_1614380091_nDuże menu wywieszone na ścianie otwiera przed nami możliwość wyboru jednego z 34 rodzajów placków w dwóch rozmiarach. Możemy także zdecydować czy chcemy pizzę na cieście cieniutkim czy na grubym. Oprócz tego w karcie znajdują się także sałatki oraz mniejsze przekąski, czyli m.in. calzone.

Pierwsze co rzuca mi się w oczy, to ceny. Dość wysokie jak na lokalizację, w której się znajdujemy oraz wystrój lokalu. Podpytuję pani, która jest zarówno kelnerką jak i pizzerwomen (?), o najostrzejszą pizzę w karcie. Doradza mi pozycję numer 19, a więc chili z dodatkiem ostrego sosu chili, pikantnej kiełbasy salami, cebuli, kurczaka, mozarelli i, uwaga – alapeno! Naturalnie domyślam się, że chodzi o papryczki jalapeno, ale pani uparcie mówi, że to Alapeno. Nie wyprowadzam więc jej z błędu, aczkolwiek w takim miejscu wypadałoby posługiwać się poprawnymi nazwami dodatków.

pizza

Czas oczekiwania ok. 10 minut, więc zasiadam i czekam. Po zaledwie połowie wspomnianego wcześniej czasu otrzymuję swoje zamówienie. Zdziwienie moje nie zna granic, kiedy okazuje się pizza została podana na papierowym talerzyku i z plastikowymi sztućcami.

casa 1

Na pewno nie można powiedzieć o tej pizzy, że jest mała. Placek nie jest obłożony wielką ilością sera, ale to akurat dobrze. Zadziwiają mnie natomiast kawałeczki, kawałeńki suchego kurczaka, na moje oko jakieś 30 g na całą pizzę. Ok, próbujemy.

casa 2

 

Pierwsze co czuję, to ostrość sosu. Uwielbiam ostre potrawy, nawet bardzo ostre, a ten sosik jest bardzo przyjemnie ostry, a w dodatku smaczny. Jeszcze lepiej jest, kiedy gryzę kawałek z jalapeno i smaczną – co nie jest standardem w pizzeriach – kiełbasę salami. Jeśli chodzi o dodatki, to faktycznie ścisła wrocławska czołówka, bardzo dobre jedzenie. Niestety, jest jeszcze druga część, czyli ciasto. Cieniutkie, i owszem, wypiekane w bardzo wysokiej temperaturze w krótkim czasie, ale nie chrupkie. Ciasto – choć smaczne –  jest za miękkie, nasiąknięte sosem, co uniemożliwia zjedzenie jej samymi rękami. Co gorsze, plastikowymi sztućcami także, więc za to wielki minus.

casa 3

Płacąc 26 zł za pizzę fajnie byłoby móc zjeść ją metalowymi sztućcami. Dlatego też mam mieszane uczucia co do Casa Della Pizza. Pizza jest smaczna, ale niedopracowana, głównie jeśli chodzi o ciasto. Natomiast brak standardowej zastawy, zastąpionej papierowymi talerzykami, jest zwyczajnym nieporozumieniem.

Casa Della Pizza

ul. Żeromskiego 60

facebook.com/casadellapizzawroclaw

Droga Mleczna, czyli przepysznie ostry burger

Jakiś czas temu dowiedziałem się, że przy ul. Krasińskiego powstała kolejna mała knajpka w nowoczesnym, dość minimalistycznym stylu, mianowicie Droga Mleczna. Zaciekawiło mnie ich menu, składające się zarówno z dań dla wegan, wegetarian i bezglutenowców, a także burgery wołowe oraz mięsne dania obiadowe. W sumie dość standardowo w ostatnim czasie, modnie, ale wygląda nieźle.

Lokal z zewnątrz wygląda okazale, zdecydowanie wybijając się spośród otaczającej go szarej rzeczywistości kamienic komunalnych.

10411910_751992181487939_8597271244677057660_nJako że nie miałem zbyt wiele czasu, postanowiłem na szybko zamówić burgera, do którego zresztą od razu po wejściu namawia mnie miły człowiek stojący za ladą, zapewne właściciel. Poza burgerami do wyboru mamy sporo pozycji, m.in. makarony, kanapki z pieca, sałatki, a także menu śniadaniowe. Wszystko zapakowane w ładne dla oka menu oraz rozpisane na dużej tablicy naprzeciwko wejścia, z zaznaczeniem dań wegetariańskich i bezglutenowych.

10354176_748637711823386_7930455488025266642_n

W środku możemy usiąść przy jednym z czterech stolików lub na hokerach przy ścianie. Wnętrze jest urządzone nowocześnie, z drewnianymi stolikami i obrusami w kratę. Wygląda to naprawdę przyjemnie.

Namówiony przez obsługę na burgera, wybieram Cheese Burgera. Dodatkowo zachęca mnie informacja o tym, że bułki do burgerów wypiekane są na miejscu. Do wyboru mam trzy stopnie ostrości: lekko ostry, ostry i hot. Decyduję się na hot, prosząc jednocześnie, aby był to podwójne hot. Burger kosztuje 17 zł plus 3 zł za szklankę wody z limonką.

Właściwie wszystkie burgery w ofercie są dość standardowe oraz jeden wegetariański z kotletem warzywnym z kaszy jaglanej, słonecznika, fasoli czerwonej, sezamu i marchewki.

Czekam i przypominam sobie, że nie zostałem zapytany o stopień wysmażenia mięsa, więc… w tym względzie jestem skazany na kucharza. Po około 10 minutach na moim stoliku ląduje oto taki burger.

droga mleczna 1

Na pierwszy rzut oka wygląda jakby bułka była nieco za cienka, aczkolwiek wygląda niezwykle apetycznie. Jest świetnie wypieczona i posypana sezamem.

Tak jak prosiłem, ostre aromaty burgera jako pierwsze docierają do mojego nosa. W środku wypełniony jest papryczkami chili i jalapeno, a bułka posmarowana jest z obu stron czymś w rodzaju gęstego sosu chili.

droga mleczna 2

Samo mięso jest ładnie oblepione roztopionym serem, a poza papryczkami w bułce znajdziemy sałatę i cebulę czerwoną.

Zabieramy się za jedzenie. Pierwszy gryz i… bardzo, bardzo pozytywne zaskoczenie. Mięso wysmażone jest właściwie książkowo, z lekko różowawym mięsem, grubo zmielone, a ostrość papryczek i sosu dochodzi miarowo do kubków smakowych. Bułka jest świetna, lepszą jadłem chyba tylko w Pasibusie, lekko słodkawa i chrupiąca. Naprawdę smaczna.

droga mleczna 3

Jak dla mnie mięso mogłoby być nieco bardziej doprawione pieprzem, ale burger jako całość smakuje doskonale, jest ostry dokładnie tak jak lubię. W sumie, ciężko się do czegoś przyczepić. Cieszy to tym bardziej, że lokal działa od niedawna i od samego początku stawia na wysoki poziom jedzenia.

Spróbowałem tylko jednej potrawy, ale wiem, że na pewno odwiedzę Drogę Mleczną jeszcze nie raz. Lokal jest przyjemny, obsługa przyjazna, a co najważniejsze – dania przygotowywane są ze świeżych produktów.

Polecam, zdecydowanie! Oby więcej takich miejsc we Wrocławiu.

Droga Mleczna

ul. Krasińskiego 32

facebook.com/DMleczna

U Gruzina, czyli nieskomplikowanie i smacznie

Kuchnię gruzińską miałem okazję poznać wcześniej tylko w restauracji Gruzińskie Chaczapuri, mieszczącej się na wrocławskim Rynku. Jednak od mojej ostatniej wizyty w tym miejscu minęło już sporo czasu, ponieważ o ile na samym początku, po otwarciu, można było zjeść tam naprawdę przyzwoicie, tak z upływającym czasem, kucharze chyba zapomnieli sztuki gotowania i serwowali dramatyczne dania. Szukając ciekawych miejsc we Wrocławiu z dobrym jedzeniem, sugeruję się często opiniami czytelników bloga, którzy podrzucają pomysły na fanpage’u. Jednym z ostatnich poleceń okazał się mały gruziński bar „U Gruzina” przy ul. Curie Skłodowskiej, niedaleko Wartburgera.

Lokalik jest faktycznie niewielki, urządzony w do bólu minimalistycznym stylu, z jednym stolikiem i kilkoma miejscami przy ladach pod oknami i ścianą. Menu jest niewielkie i bardzo przejrzyste.

u gruzina 1

Zapachy dochodzące z malutkiej części kuchennej, w której stoi piec do wypiekania dań, są wspaniałe, więc czym prędzej zabieram się do składania zamówienia. Decyduję się na Chaczapuri imertyńskie z serem za 10 zł oraz małe Kubdari z mięsem za 6 zł. Jak informuje mnie miła pani przy kasie, mięso jest wieprzowo-wołowe.

Jak na niewielką ilość osób w lokalu, oczekiwanie na potrawy nieco się wydłuża, a zachęcające zapachy mocno wyostrzają apetyt. Wszelkie pretensje odchodzą w zapomnienie w momencie, kiedy otrzymuję Chaczapuri z serem.

u gruzina 2

Chaczapuri, czyli właściwie coś w stylu gruzińskiej pizzy, a dokładniej ciasto drożdżowe zapiekane z serem w środku. Występuje kilka odmian Chaczapuri, m.in. zamówione przeze mnie imertyńskie, ale także  – dostępne w lokalu – adżarskie z jajkiem.

Danie jak na kwotę, którą za nie zapłaciłem, jest ogromne. Podane skromnie, z plastikowymi sztućcami oraz na papierowej tacce. Nie to jednak jest najważniejsze, a wspaniały smak.

Chaczapuri jest chrupiące, dobrze wypieczone, z dodatkiem genialnego, powtórzę – genialnego słonego, ciągnącego się sera. Niestety nie spytałem czy jest to gruziński ser czy polski, ale osobiście takiego jeszcze nie jadłem. Ciasto nie zabija smaku sera, a doskonale z nim współgra. Początkowo nieco zdziwiłem się, że nie otrzymałem dodatkowo żadnego sosiku do maczania, ale jak się okazało, jest on zbędny. Danie na pewno nie jest za suche.

u gruzina 3Chaczapuri jest wręcz banalne w wykonaniu, a o wiele smaczniejsze od wielu wykwintnie wyglądających dań. Jak dla mnie – rewelacja.

Zanim skończyłem jeść pierwszą potrawę, otrzymuję już kolejną – małe Kubdari.

u gruzina 4

Wygląda właściwie identycznie jak chaczapuri, z tym, że w środku zamiast sera znajdziemy mielone mięso, z tego co wyczułem, doprawione pietruszką, chili, curry, kuminem i czosnkiem. Ciasto, podobnie jak poprzednio, świetne, chrupiące i nieco tłuste. Mięso z kolei jest smaczne, z dominującymi smakami curry i kuminu. Niestety, jak dla mnie, było nieco wysuszone i akurat do tego dania przydałby się jakiś dodatek w postaci sosu.

Całość zdecydowanie jednak na plus, zwłaszcza za Chaczapuri imertyńskie. Uważam, że w tych cenach ciężko będzie dostać nam coś równie oryginalnego w smaku i smacznego zarazem. Do najedzenia się spokojnie wystarczy jedna porcja ze wspomnianych wyżej dań.

Potrawy przygotowywane na miejscu przez rodowitego Gruzina na pewno nie są wzorem zdrowego jedzenia, ale warto ich spróbować zarówno na miejscu, jak i jako szybką przekąskę, którą można wziąć do ręki na wynos.

U Gruzina

Curie Skłodowskiej 3a

facebook.com/ugruzinawroclaw

 

Woo Thai, czyli orientalnie i smacznie

Kolejne miejsce, które chce wam przedstawić, odkryłem dość niespodziewanie i przypadkowo. Mając nadzieję na zjedzenie pysznego sera smażonego w Kurnej Chacie przy ul. Grunwaldzkiej udałem się w to miejsce, gdzie jednak moim oczom ukazał się zupełnie nowy lokal. Kurna Chata przestała istnieć, a w jej miejscu powstał bar Woo Thai, jak sama nazwa wskazuje z tajskim jedzeniem. Nie przegapiłem takiej okazji i skorzystałem z możliwości zasmakowania nowych potraw w naszym mieście.

Sam lokal jest widoczny z daleka, z jednej strony oznaczony sporym napisem STREET FOOD, który od razu rzuca się w oczy, a od strony wejścia wygląda tak.

10295736_593939834035615_9076093754005057899_n

W środku także robi dobre wrażenie, dość duża kuchnia umiejscowiona jest w centralnym punkcie, tak, aby doskonale było widać jak uśmiechnięty azjatycki kucharz przygotowuje potrawy. Wystrój jest minimalistyczny, nieco hispterski, ale przyjemny, choć – jak się później okaże – stoliki mogłyby być nieco większe.

Zdjęcie z Facebooka Woo Thai

Zdjęcie z Facebooka Woo Thai

W środku sporo osób, duża grupa studentów zagranicznych mieszkających w oddalonych o kilkadziesiąt metrów akademikach. Pierwsze wrażenie – bardzo dobre.

Przyglądamy się menu i ciężko nam się zdecydować na coś, ponieważ jest w nim sporo dań, które z chęcią byśmy zjedli.

woo thai menu

Ostatecznie decydujemy się na Żółte Curry z kurczakiem za 15 zł, Sukiyaki, czyli smażony makaron sojowy z kurczakiem w tej samej cenie oraz smażony ryż, także z kurczakiem za 12 zł.

Od razu po złożeniu zamówienia kucharz zabiera się do pracy. Każde danie przygotowywane jest na bieżąco w woku, a co ciekawe, jedna osoba na kuchni ogrania wszystko. Zastanawiam się czy przy większym ruchu wystarczy rąk do pracy.

My otrzymujemy jednak dania dość szybko, aczkolwiek nie wszystkie w jednym momencie, a jedno po drugim, ponieważ każde przygotowywane jest osobno. Najpierw na malutkim stoliku ląduje ryż z kurczakiem.

woo thai ryżPierwsze zaskoczenie? Z automatu otrzymujemy danie w papierowym pudełeczku, a nie na talerzu, ale to tylko dodaje klimatu temu miejscu i jak się okazało, dobrze się sprawdza. M.in. przez wspomniane wyżej małe stoliki, na których ciężko byłoby zmieścić dwa talerze.

Aromatyczne danie, choć może wydawać się niewielkie, jest naprawdę spore, i co ważne – smaczne. Ryż nie jest twardy, ani rozgotowany, podany z białym sezamem na górze. W środku, oprócz ryżu, znajdziemy marchew, szczypiorek, cebulę, grzybki mun i oczywiście kurczaka. Całość usmażona jest z jajkiem, którego smak zdecydowanie przebija się przez resztę składników. Porcja jest nieco słona, ale dobrze smakuje.

Po kilku chwilach trafia do mnie makaron z kurczakiem.

woo thai makaron

Usmażony ze sporym dodatkiem sosu sojowego, który uwielbiam, posypany sezamem, pachnie wspaniale i smakuje świetnie. Warzywa, czyli cukinia, marchewka oraz cebula są świeżutkie, chrupiące, a grzybki mun dodają fajnego, orientalnego sznytu tej potrawie. Mam jednak jedno ale, w porcji za 15 zł jest zdecydowanie za mało kurczaka. Kilka kawałeczków piersi to jednak przesada. Ogólnie jednak – pyszny makaron.

No i na koniec dostajemy w sumie najsłabszą z zamówionych pozycji, czyli żółte curry.

woo thai curry

Jak dla mnie nieco zbyt wodniste, bez żadnego posmaku ostrości. Ryż klejący, pod wpływem sosu ładnie się miesza z resztą składników. Kurczak dobrze usmażony, delikatny, z wyraźnym aromatem imbiru. Poza kurczakiem w daniu znajdziemy kawałki żółtej i czerwonej  papryki, grzybki shitake, a także seler naciowy. Smakuje nie najgorzej, ale jednak gdyby nie imbir, curry byłoby w zupełnie nijakie.

Woo Thai oceniam bardzo pozytywnie, dania są faktycznie mocno azjatyckie, z ciekawymi dodatkami oraz dość oryginalnie podane. Jak dla mnie, miłośnika ostrości, zabrakło jednak choćby chili w tych daniach, co jednak znakomicie wynagrodził mi sosik, z którego można korzystać na stoliku. Jeden z lepszych, jakie miałem okazję próbować w życiu. Kremowy sosik z chili, lekko słodkawy, dopiero po przełknięciu piekielnie ostry. Za ten sos wielki plus. Minusik za ilość mięsa w daniach, ale mam nadzieję, że kucharz się poprawi, jedzenie jest bardzo dobre, i zdecydowanie różni się od tych typowych „chińczyków” w budkach, gdzie warzywa do dań dodawane są z mrożonki.

WOO THAI

ul. Grunwaldzka 67

facebook.com/WOO-THAI

woothai.pl/

 

Sajgonki z wołowiną

sajgonki 4

Jako że za chwilę rozpoczynają się Święta Wielkanocne, postanowiłem wam przedstawić swój szybki przepis na jakże świąteczne, polskie danie, czyli sajgonki. Wydawać by się mogło, że wykonanie chińskiej przystawki zajmuje mnóstwo czasu, co jednak znacząco mija się z prawdą. Przede wszystkim najpierw warto przygotować składniki.

Co będziemy potrzebować? Dobór farszu jest dowolny, nie ma jednego, złotego środka na pyszne sajgonki. Właśnie to jest w nich najlepsze, że papier ryżowy nadziewamy tylko tym, czym chcemy.

Składniki:

  • papier ryżowy
  • 300 gram wołowiny mielonej extra
  • grzybki mun
  • marchewka
  • makaron
  • paczuszka makaronu ryżowego
  • kapusta pekińska
  • imbir
  • papryczki chili
  • papryka w proszku
  • sos rybny
  • sos sojowy
  • kiełki fasoli mung
  • cebula

Wybrałem sajgonki z mięsem wołowym, ponieważ niespecjalnie przepadam za wieprzowiną. Zmielone w domu mięso wrzucamy na patelnię, razem z cebulą. Po około minucie dorzucamy startą na tarce lub pokrojoną w typowe chińskie paseczki marchewkę oraz zaparzone wcześniej we wrzątku grzybki mun. W międzyczasie w osobnym pojemniku zalewamy wrzątkiem makaron, a do smażącego się mięsa dodajemy starty imbir, posiekane papryczki chili, posiekaną kapustę i kiełki oraz doprawiamy pieprzem, papryką w proszku i sosamirybnym, a także sojowym. Sos rybny oczywiście opcjonalnie, ponieważ nie każdy lubi jego dość mocny zapach. Całość smażymy na dużym ogniu, uważając jednak, aby nie przesuszyć mięsa, które będzie jeszcze później smażone w głębokim oleju. Na sam koniec dodajemy makaron, który mieszamy z resztą. Całość odkładamy na chwilę do wystygnięcia.

Celowo nie podaję ilości składników, ponieważ każdy może dobrać odpowiadającą jemu samemu ich wielkość. Marchewkę można dodać jedną, ja dodałem dwie. To samo z przyprawami. Osobiście lubię bardzo ostre dania, więc ilość chili była spora.

Po ostudzeniu, szykujemy płaski talerz z wodą do moczenia papieru ryżowego. Papier moczymy z obu stron, ale nie za długo, żeby nie rozmiękł za bardzo. Po zmoczeniu, nakładamy łyżeczką farsz na wysokości ok 1/4 papieru i zawijamy podobnie jak krokiety. Musimy pamiętać, aby nie nakładać za dużo farszu i dokładnie zwijać ciasto tak, żeby całość się nie rozlatywała.

sajgonki1

Taka ilość mięsa plus paczka makaronu, dwie marchewki, cebula, kilka grzybków i ćwiartka kapusty, wystarczyła na 18 sporych sajgonek, dzięki czemu powstała właściwie nie przystawka, a danie główne.

Przed smażeniem musimy pamiętać, że zwinięty papier ryżowy najpierw musi przeschnąć, żeby się nie rozkleił w frytkownicy. Można smażyć także na patelni, ale wtedy w sajgonki wsiąka więcej tłuszczu i nie są tak chrupiące.

sajgonki 3Po wyjęciu z frytkownicy wrzucamy sajgonki na chwilę na ręcznik papierowy, a na nasz talerz trafia coś takiego

sajgonki 5Biję się w pierś, ale sos słodko-ostry był kupny. Obecnie jednak pracuję już nad wykonaniem własnego sosu chińskiego, którego można by używać właśnie do sajgonek lub np. makaronów chińskich. Jak tylko dojdę do perfekcji, wrzucę przepis.

Sajgonki wyszły pyszne, nawiązujące smakiem do tych z najlepszych chińskich budek. Jeśli je lubicie, warto spróbować zrobić w domu.

Burger Ltd – daleko do ideału

Niemal tradycją stało się, że niedługo po otwarciu kolejnych barów z burgerami, staram się w nich zjawić, żeby spróbować czy oto we Wrocławiu pojawiło się kolejne miejsce, w którym warto bywać. Tym razem padło na Burger Ltd, który idealnie wpisuje się w ostatni trend otwierania burgerowni w malutkich lokalach z 2-3 stolikami. Burger Ltd mieści się właśnie w takich dość ciasnych czterech ścianach przy ul. Ruskiej.

Wystrój lokalu jest nowoczesny, już na wejściu rzuca się w oczy wypisane na ścianie menu oraz standardowe ostatnio napoje w typie Fritz Coli. W ofercie znajdujemy burgerowe standardy oraz limitowane jak np. Burger Polski z oscypkiem czy Włoski z rukolą i suszonymi pomidorami. Ja decyduję się na Cheeseburgera za 17 zł, prosząc o dobrze wysmażone mięso oraz usunięcie pomidora, którego nie lubię i dodanie czegoś ostrego. Obsługa jest otwarta na doradzanie i uśmiechnięta, co dobrze rokuje. Proces przygotowywania burgera możemy śledzić siedząc przy stoliku.

Niestety, mimo obecności poza nami zaledwie czterech innych osób, oczekiwanie na podanie burgerów mocno się wydłuża, drugi zgrzyt. Drugi, bo pierwszym jest brak frytek, które, jak dumnie informuje menu: „frytki są chrupkie, długie i grube. Tajemnicą jest specjalnie wyselekcjonowany gatunek ziemniaków, z którego przyrządzamy frytki w domowy sposób”. Szkoda, bo zrobiliśmy sobie tylko smaka.

Po około 40 minutach na stół wjeżdża bardzo fajnie podany i smakowicie wyglądający burger.

burger ltd2

Otwieramy i wygląda dalej nieźle. Ser mimolette, ostry sos BBQ, czerwona cebulka, jalapeno i ogórek konserwowy.

burger ltd 3

Niestety, po chwili zauważam, że na burgerze leży pomidor, którego nie chciałem, trudno. Pierwszy gryz i kolejna wpadka – mięso jest różowe, choć miało być wysmażone. Nie ma problemu, zjem, ale w takim razie bezsensem jest pytanie się o stopień wysmażenia przy składaniu zamówienia.

burger ltd 4

Jem burgera mimo lekkiego poirytowania. Fajnie komponują się genialnie rozpuszczony ser mimolette i papryczka jalapeno. Tylko one. Mięso jest zbyt słabo doprawione, a przede wszystkim – jego smak totalnie ginie przez zbyt grubą i suchą bułkę, którą w międzyczasie trzeba było porozrywać i odłożyć część na talerz, żeby nie zasuszyć się na maksa.

Możliwe, że na całą opinię wpływ miały wcześniejsze wpadki, zwłaszcza chyba brak frytek, który wydaje mi się karygodnym błędem, zwłaszcza, że w Burger Ltd nie byliśmy przed samym zamknięciem, a niedługo po otwarciu.

Wydaje się, że panowie prowadzący lokal trochę przekombinowali, zwłaszcza z bułkami, które są po prostu słabe. Daleko im do mojego wrocławskiego ideału, czyli Pasibusa. Stopień wysmażenia także pozostawia sporo do życzenia. Byliśmy w Burger Ltd w czwórkę, a tylko dwie osoby otrzymały mięso wysmażone zgodnie ze złożonym zamówieniem.

Niektórzy mogą powiedzieć, że się czepiam, negatywnie oceniając większość wrocławskich miejsc, w których można zasmakować burgery. W swoich osądach jestem jednak sprawiedliwy, a moje opinie są subiektywne. Zdaję sobie sprawę, że każdy z nas ma inne preferencje. Biorę także zawsze pod uwagę fakt, że każdy kucharz może mieć słabszy dzień, co prawdopodobnie zdarzyło mi się raz w Burger Love. Kolejne odwiedziny w tym miejscu sprawiły, że zmieniłem swoje zdanie o ich burgerach o 180 stopni, na plus. Bardziej przychylam się jednak do opinii, że wykonanie smacznego burgera nie jest łatwe i nie każdy potrafi to zrobić. Tym bardziej teraz, w natłoku burgerowni, z których większość powstaje głównie z powodu mody, nie natomiast faktycznych umiejętności przygotowywania smacznej wołowiny.

Burger Ltd

Ul. Ruska 49, Wrocław

https://www.facebook.com/BurgerLtd?fref=ts

Chili Willy, czyli wizyta w Pasibusie

Wpis pierwotnie pojawił się na portalu streetfoodpolska.pl

Tak jak moda na burgery zawitała do Wrocławia dość późno, tak jeszcze oporniej idzie stolicy Dolnego Śląska przekonanie się do barów na kółkach. Od lata o swoje stałe miejsce na gastronomicznej mapie Wrocławia walczą chłopaki z Pasibusa. Dwóch zapaleńców codziennie rozstawia swojego Fiata Ducato w samym centrum miasta, przyciągając przechodniów wspaniałymi zapachami smażonej wołowiny.

Burgera z Pasibusa spróbowałem już na samym początku działalności tego Food Trucka, i choć nie były to kulinarne wyżyny, bardzo dobrze wspominam tamten pobyt. Niespotykanie ciepła zima która nawiedziła w tym roku Wrocław, spowodowała, że postanowiłem spróbować jedzenia w tym miejscu raz jeszcze, ciesząc się z możliwości zjedzenia burgera na świeżym powietrzu, przy jednym z dwóch rozstawionych obok auta stolików (foto z fan page Pasibus):

1239467_374890205946864_1666258392_n

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to fakt, że ekipa prowadząca Pasibusa cały czas się rozwija, a na fajnie prowadzonym profilu na FB często podsyła zdjęcia swoich nowych wariacji na temat burgerów. Jednym z popisowych numerów jest sezonowy Grzybek, z grillowanymi prawdziwkami. Od mojej ostatniej wizyty nazwy w menu może nie zmieniło się znacząco, ale w składzie poszczególnych pozycji nastąpiły korekty. Nie pytałem, ale strzelam, że na skutek sugestii klientów, co tylko dobrze świadczy o właścicielach.

W menu znajduje się siedem burgerów, od standardowego do dość intrygującego Jacka Danielsa z dodatkiem najpopularniejszego z bourbonów Tennessee Whiskey. Mając na względzie swoje upodobanie do ostrego jedzenia, skusiłem się na Red Hot Chili Willy, czyli ciekawie zapowiadającego się burgera ze smakowitym kawałem wołowiny, papryczkami chili oraz habanero, z dodatkiem sosu red curry, sałaty oraz wyrabianego na miejscu sosu na bazie majonezu. Tym razem nie poprosiłem o dobrze wysmażone mięso, a jedynie takie, z którego nie miała lać się krew 

Całej operacji przyrządzania burgera od A do Z można przyglądać się z odległości pół metra, co tylko wyostrza smaki. Przygotowanie mięsa i dodatków idzie obsłudze bardzo sprawnie i po kilku minutach świetnie wyglądający burger ląduje na moim stoliku. Bez dodatków, bo w Pasibusie frytek nie uświadczymy.

Pasibus_3

Całość wygląda niezwykle smakowicie, a jeszcze lepiej pachnie. Bułka to zdecydowanie numer jeden we Wrocławiu. Obsypana sezamem, genialnie chrupiąca, dosłownie rozpływa się w ustach, wspaniale komponując się z wołowiną. Mięso jest dość grubo zmielone, z dodatkiem dużej ilości pietruszki. I, mimo że osobiście doprawiłbym je nieco ostrzej, smakuje świetnie, a sączące się soki i zaróżowione kawałki tylko potwierdzają jego idealne wysmażenie. Jedyny minusik przy mięsie? Wydaje mi się, że porcja woła jest nieco za mała.

Chili Willy dla osób kochających ostrzejsze klimaty jest kulinarną poezją. Dużą ilość ostrych papryczek doskonale łagodzi sos majonezowy oraz sałata, przynajmniej początkowo. Burger okazał się zdecydowanie lepszy niż za pierwszym razem, za co wielki plus dla Pasibusa. Chłopaki nie tylko nie osiedli na laurach po sporej liczbie pochwał, które zebrali za pierwsze miesiące działalności, ale zdecydowanie się rozwinęli i udoskonalili smaki. No i cena – 19 zł za taką przyjemność, to naprawdę niewiele.

Pasibus kupił mnie w 100%, a przyjemności jedzenia tak smacznego burgera przy świecącym słońcu nie da się porównać do niczego innego. Polecam zdecydowanie, jednocześnie ciesząc się, że we Wrocławiu pojawia się coraz więcej miejsc z oryginalnym jedzeniem.

Aha, ostrość papryczek poczujecie dopiero po zjedzeniu. Początkowa fascynacja świetnymi smakami zupełnie hamuje myśli o palącym podniebieniu. Później jest jednak bardzo ostro.

Pasibus na FB: https://www.facebook.com/pages/Pasibus/358086524293899