kurczak

Thai-Viet, czyli chcemy więcej takich azjatyckich barów

Uwielbiamy jeść we wszelkiego rodzaju azjatyckich budkach, barach, restauracjach, stąd na blogu tak duża liczba relacji z tych miejsc. Może i zazwyczaj nikt przesadnie nie dba w nich o utrzymanie czystości i zapewnienie wygodnych warunków, ale w większości przypadków jedzenie nadrabia wszystkie braki. W Thai-Viet, ale na ul. Sztabowej już jedliśmy i byliśmy bardzo zadowoleni. Tym razem trafiliśmy na drugi bar tych samych właścicieli, tyle ze na ul. Henryka Pobożnego na Śródmieściu.

thai 3

Lokal jest mniejszy od tego na Krzykach, ale sprawia o wiele korzystniejsze wrażenie. Jest naprawdę czysto, właścicielka sprząta każdy stolik zaraz po wyjściu gości, a już naprawdę fajnie wygląda obsługa. Co prawda pani, która obsługuje nie do końca rozumie chyba po polsku, ale jest cały czas uśmiechnięta i z chęcią doradza co warto zamówić. Bardzo przyjemne pierwsze wrażenie. W jeszcze lepszy nastrój wprowadza nas menu, a właściwie ceny w nim zawarte.

thai 1 thai 2

 

Sajgonki na Sztabowej były najlepszymi, jakie dotychczas jedliśmy, więc zamawiamy je także tutaj. Bez surówki kosztują 5 zł, czyli bardzo uczciwie. Do tego domawiamy makaron z kurczakiem za 13 zł oraz żółte curry z kurczakiem za 16 zł.

Siadamy, a po niespełna pięciu minutach otrzymujemy trzy skwierczące jeszcze sajgonki.

thai 9

Standardowo na barze stoją dwa sosy – ostry i łagodny. Sajgonki polewamy ostrym, który jednak jak dla nas mógłby być jeszcze ostrzejszy.

thai 7

Sajgonki, podobnie jak w drugim barze Thai-Viet, stanowią bardzo mocną pozycję menu. Są chrupiące, ze sporą ilością mięsa i warzyw, a do tego nieźle doprawione. Dodatkowego charakteru nadaje im podkręcający smaki sos. Jeśli na sajgonki, to na pewno do Thai-Viet.

Ledwo uporaliśmy się z wcale nie małą porcją sajgonek, a już na stole wylądowały dania główne. Na pierwszy ogień – makaron po chińsku z kurczakiem.

thai 8Pierwsze co rzuciło się nam w oczy, to fakt, że w tym makaronie najmniej jest… makaronu. Co wcale nie jest problemem, ponieważ w zamian otrzymaliśmy naprawdę sporą porcję pokrojonego w paski kurczaka z dodatkiem warzyw, które zdecydowanie były świeże. Makaron miał zostać specjalnie na nasze zamówienie doprawiony do opcji bardzo ostrej, i faktycznie taki był.

Kurczak wysmażony w punkt, nie za suchy, lekko soczysty, dobrze komponował się delikatnymi warzywami, czyli głównie cebulą i papryką czerwoną oraz grzybami mun. Porcja jest spora, wzbogacona dodatkowo o naszą ulubioną surówkę z białej kapusty, która swoją słodkością doskonale równoważyła ostre smaki makaronu z kurczakiem.

Po makaronie przyszła pora na danie, o którego jakość obawialiśmy się najbardziej. Od jakiegoś roku zakochaliśmy się w curry i gdyby była taka szansa, jedlibyśmy je codziennie. Z tym większymi obawami podeszliśmy to tego zamówienia, bojąc się jak smakować będzie curry z kurczakiem w tym niepozornym barze.

thai 4 thai 5 thai 6

Kiedy tylko curry pojawiło się na stoliku, obawy odleciały gdzieś daleko. Po samym zapachu można było stwierdzić, że to będzie coś dobrego. Po całym stoliku roznosił się wyraźny aromat mleczka kokosowego, użytego do wykonania dania. To było takie curry z kurczakiem jak lubimy. Gęste, bez zbędnych dodatków, jedynie kurczak, cebula, papryka i cukinia, a wszystko pokrojone w podobnej wielkości kawałki. Curry smakowało wybornie, kurczak był mięciutki i przeszedł smakiem sosu. Na talerzyku obok dostaliśmy porcję ryżu i surówkę z białej kapusty. Musimy przyznać, że było to jedno z najlepszych curry z kurczakiem, jakie mieliśmy okazję jeść w życiu. Porcja ponownie okazała się ogromna, ciężka do przejedzenia dla jednej osoby.

Wyszliśmy z Thai-Viet bardzo zadowoleni, zawartość naszego portfela nie została zbyt mocno uszczuplona, a smak doskonałego curry na długo utrzymywał się w ustach. Obsługa w lokalu jest miła, działa niezwykle sprawnie i co najważniejsze – podaje bardzo dobre jedzenie. Thai-Viet, zarówno to przy ul. Sztabowej, jak i przy ul. Pobożnego spokojnie można zapisać na swojej liście miejsc do odwiedzenia.

Thai-Viet

ul. Henryka Pobożnego 8/1

facebook.com/BarRestauracjaThaiViet

 

Reklamy

Sevi Kebab, czyli średnio, nic więcej

Mało która potrawa wzbudza tak wielkie emocje jak kebab. Nie spotkałem się jeszcze z sytuacją, aby spośród dziesięciu spytanych osób wszystkim smakował ten sam. Zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że mięso jest za suche, innemu nie będzie pasować surówka, a jeszcze komuś sos. Podobne emocje we Wrocławiu wywołuje Sevi Kebab, czyli miejscowa sieciówka, która w samej stolicy Dolnego Śląska posiada sześć lokali, a spotkać ja można także w Poznaniu, Rzeszowie, Krakowie, Katowicach, Opolu, Świdnicy, Nowym Sączu i Lubinie. Osobiście odwiedziłem trzy wrocławskie miejscówki, znajdujące się w Pasażu Grunwaldzkim, Galerii Dominikańskiej oraz na ulicy Kuźniczej. Ogólnie Sevi Kebab skupia się na umiejscawianiu swoich barów głównie w galeriach handlowych, gdzie przewija się mnóstwo ludzi.

sevi_pasaz2

Co mamy do wyboru? M.in. takie pozycje:

chicken

durumCeny są bardzo umiarkowane, typowe dla sieciówek, w dużej mierze nastawione na studentów, którzy mają zdaje się 20% rabat na wszystkie dania. Możliwe, że właśnie tymi rabatami, a może smacznym jedzeniem Sevi Kebab przyciąga sporą ilość klientów, ponieważ nie zdarzyło mi się, aby przy ich restauracji/barze nie stała spora kolejka.

Na początek, będąc przelotem w Galerii Dominikańskiej, skusiłem się na mały Durum Chicken za 6,90 zł, czyli świeżo ścinane mięso z kurczaka, warzywa i sos, a to wszystko zawinięte w tortillę. Kolejność jest taka: czekamy w kolejce, zamawiamy, bierzemy rachunek, który przekazujemy człowiekowi przygotowującemu potrawy, a ten zajmuje się naszym zamówieniem. Całość idzie dość sprawnie, więc ciężko tu narzekać, nawet przy dużych kolejkach. Kiedy nadchodzi moja kolej proszę o nałożenie samego kurczaka, sałaty lodowej, sosu czosnkowego oraz kilku zielonych papryczek pepperoni. Poza tym, do wyboru mamy jeszcze czerwoną kapustę oraz mieszankę pomidorów i ogórków. Za kapustą i pomidorami specjalnie nie przepadam, więc dziękuję za nie, choć wyglądają bardzo świeżo.

sevi kebab 1 sevi kebab 2 sevi kebab 3 sevi kebab 4

Całość została bardzo szczelnie zrolowana i zawinięta w folię aluminiową. Wrzucona wcześniej na grilla tortilla jest ciepła i mięciutka, ale z podpieczonymi śladami od grilla. Porcja nie jest największa, ale uważam, że 6,90 zł to naprawdę bardzo przyzwoita cena za tortillę, którą spokojnie można zaspokoić mały głód.

Pierwszym pozytywnym aspektem okazała się właśnie ilość nakładanego mięsa. Do niewielkiej tortilli obsługujący nas Turek dwukrotnie nabierał mięso szczypcami, do tego dorzucił garść pociętej w drobne paski sałaty oraz sporą chochelkę gęstego sosu czosnkowego, a także pięć papryczek.

Zabieramy się do jedzenia. Po pierwszym kontakcie z delikatną tortillą, za chwilę przychodzi zetknięcie z mięsem. Soczystym, bardzo dobrze doprawionym. Sałata bardzo fajnie chrupie i łagodzi mocno piekący smak papryczek. Sos został dodany w ilości idealnej, nie zalał całości, nie zdominował smaku, a jedynie doskonale nawilżył tortillę, nadając kebabowi świeżości. Durum Chicken wypadł bardzo okazale, zaprzeczając złym opiniom na temat Sevi. Niestety, te po części potwierdziły się, kiedy wybrałem się do innego lokalu tej sieci, a dokładniej na ulicę Kuźniczą, tuż przy Rynku.

Menu oczywiście dokładnie to samo, a tym razem zdecydowałem się na duży Chicken Doner za 19,50 zł, czyli kurczaka na talerzu z frytkami, sałatką i sosem. Obsługa, podobnie jak w Galerii, działa bardzo sprawnie, więc już po 3-4 minutach otrzymuję zamówienie, co do którego jednak od początku miałem pewne obawy, ponieważ mięso nie było skrojone na bieżąco, a na talerz nałożono mi ścięte już skrawki, znajdujące się na tacy poniżej kręcącego się kebabu.

sevi kebab 5

Jak się okazało, obawy okazały się słuszne. Mięso było bardzo nierówne. Jedna część była wysuszona, wręcz twarda, co sprawiało, że stała się niezjadliwa, druga natomiast niedostatecznie upieczona, z surową skórą. Zjadłem tyle, ile się dało, zagryzając niedosmażonymi frytami z mrożonki. Całość uratował tylko aromatyczny czosnkowy sos, który miał o wiele bardziej wyrazisty smak, niż ten w poprzednim lokalu. Jako całość, niestety danie okazało się klapą, ponieważ ponad połowa kurczaka była niezjadliwa.

Żeby jednak móc w pełni wypowiedzieć się na temat Sevi, kolejnego dnia swoje kroki skierowałem do Pasażu Grunwaldzkiego, gdzie także znajduje się następny lokal opisywanej sieci. Decyzja mogła być tylko jedna – wybór padł na Durum Kebab, ponownie mały, czyli tortillę z wołowiną i warzywami. Właśnie, wołowinę, a nie mieszankę wołowiny z baraniną jak widnieje w menu. Procedura zamawiania wygląda dokładnie tak samo i przebiega równie sprawnie, więc po około 5 minutach trzymam w ręce swoje zawiniątko.

Sevi e=kebab 6 wołowina sevi kebab 7 zołowina

Tortilla ponownie jest przyjemnie zgrillowana, ale w środku jest jakby nieco mniej mięsa. Wołowina została ścięta bezpośrednio do tortilli, do której ponownie dodano sałatę, papryczki i sos czosnkowy. O mięsie można powiedzieć wszystko, poza tym, że jest wysuszone. Wołowina okazuje się doskonała, aromatyczna, dobrze doprawiona -prawdopodobnie papryką i soczysta. Można śmiało stwierdzić, że mięso miało tylko jedną wadę – było go za mało, aczkolwiek za 6,90 zł nie możemy też oczekiwać cudów. Innym razem spróbowałem większej porcji, i ta faktycznie okazała się spora. Świetną robotę robią także ostre przyprawy. Jeśli kochacie ostrość podobnie jak ja, polecam przy każdej wizycie w Sevi dobrać sobie jako bezpłatny dodatek kilka papryczek pepperoni oraz posypać całość suszonymi ziarnami chili.

Sevi Kebab nie okazał się wybitnym miejscem, ale ogólnie – poza jedną wpadką na Kuźniczej – utrzymał równy, średni poziom. Osobiście z chęcią kolejny raz wpadnę do Sevi, kiedy będę musiał zjeść coś na szybko. Mała porcja spokojnie zaspokaja delikatny głód, a i smakowo nie wypada źle. Plusem Sevi jest duży przemiał, przez co rzadko zdarza się tam spotkać przesuszone mięso. Najgorzej wypada chyba lokal na Kuźniczej, który cieszy się stosunkowo najmniejszą popularnością w związku z dużą konkurencją wokół Rynku.

Sevi Kebab

Pasaż Grunwaldzki, Galeria Dominikańska, ul. Kuźnicza 60/62

sevikebab.pl

facebook.pl/sevi-kebab-oriental

 

Jalapenos Mexican Grill, czyli tex-mex bez wyrazu

Jakiś czas temu pisałem wam, że z kuponów na Grouponie nie korzystam za często, zazwyczaj wykupuję te do sprawdzonych restauracji. Jednak raz na jakiś czas coś mnie podkusi i próbuję czegoś nowego, i właśnie tak było tym razem. Wykupiłem kupon do Jalapenos Mexican Grill w cenie 31,99 za „Amerykańską ucztę dla dwóch osób”, w ramach której do wyboru mieliśmy:

  • Michigan Filet – pierś z kurczaka grillowana pod serem, faszerowana puree z zielonego groszku lub fetą z suszonymi pomidorami serwowana z frytkami, pomidorem, ogórkiem i czerwoną cebulą.
  • Arizona Chuck Steak – grillowana karkówka podawana z frytkami, wybrany sos (america albo barbecue), sałata i pomidorki albo coleslaw lub buraczki.
  • Nevada Pork Loin – grillowane soczyste polędwiczki wieprzowe wraz z frytkami i masłem czosnkowym, do wyboru sałatka coleslaw lub buraczki.

Bez szału, ale za takie pieniądze zdecydowałem się razem z żoną na spróbowanie tego, co oferuje restauracja, o której słyszeliśmy kilka różnych opinii, bardzo sprzecznych zresztą. Paru osobom dania podawane w tym miejscu smakowały bardzo, innym niezbyt.

Jalapenos to restauracja specjalizująca się – przynajmniej w teorii – w serwowaniu dań kuchni Tex-Mex. Poza tym w menu znajdziemy także burgery, skrzydełka oraz bardziej meksykańskie – burrito i tacos.

1000287_188280187998434_1887429555_n

W Jalapenos zjawiliśmy się w godzinach późno popołudniowych, ale w środku znajdowało się sporo klientów. Lokal jest niewielki, ale w środku mieści się osiem stolików, a dodatkowo – zwłaszcza w lecie – istnieje możliwość zjedzenia obiadu w ogródku na zewnątrz.

Niestety, obsługa w Jalapenos od pierwszej minuty – mówiąc delikatnie – nie plusowała. Pani kelnerka postanowiła do nas podejść po kilku dobrych minutach, a jak się okazało po chwili, jej znajomość karty była znikoma. Przy wyborze dań zdaliśmy się więc na własny gust. Jeśli chodzi o kupon, wielkiego wyboru nie mieliśmy, więc zdecydowaliśmy się na Michigan Filet oraz Nevada Pork Loin, a do tego domówiliśmy jeszcze quesadillę z kurczakiem, aby wypróbować coś z kuchni tex-mex.

Tutaj możecie przeglądnąć menu. Przyznam, że dopiero po zamówieniu quesadilli zorientowałem się, że jest ona przygotowywana z dodatków leżących cały czas w widocznych każdemu bemarach. Dodatków, które swoim niezbyt świeżym wyglądem specjalnie nie zachęcają. Nic to, spróbujemy.

O ile napoje trafiły na nasz stolik dość szybko, tak na swoje dania czekaliśmy ponad 25 minut. W końcu jednak otrzymujemy jedzenie, natomiast po sztućce musimy udać się sami, ponieważ obsługująca nas pani, chyba o nich zapomniała.

jalapenos 1

Michigan Filet, czyli grillowana pod serem pierś z kurczaka, faszerowana puree z zielonego groszku z dodatkiem frytek oraz pomidora i ogórka. Danie nie prezentuje się wspaniale, nieco obawiam się sporej ilości żółtego sera otaczającego filet. Jak się po chwili okazuje, obawy zyskały potwierdzenie w rzeczywistości, ponieważ kurczak został owinięty ogromną ilością żółtego sera.

jalapenos 3 jalapenos 6

Nie chodzi o to, że nie lubię sera. Jest wręcz przeciwnie, ale nie przepadam za grubymi kawałkami nieroztopionego sera, a taki został mi właśnie podany. Delikatna warstwa z zewnątrz faktycznie była ładnie stopiona, ale po przekrojeniu okazało się, że otrzymałem spory kawał surowego sera, zdecydowanie dominującego nad kurczakiem. Sama pierś była fajnie zgrillowana, soczysta w środku i z widocznymi śladami grillowania na zewnątrz, tylko lekko doprawiona solą i pieprzem. Zabrakło właśnie nieco wyraźniejszego smaku, tym bardziej, że puree z groszku było po prostu mdłe.

Frytki z mrożonki, ale grube, akurat te, które lubię, więc bez dramatu. Surówka z pomidorów, cebuli czerwonej i ogórka to nieco pójście na łatwiznę, które niespecjalnie przypadło mi do gustu.

Drugim daniem, które mieliśmy okazję spróbować okazała się Nevada Pork Loin, a więc grillowane polędwiczki wieprzowe z masełkiem czosnkowym, frytkami i surówką coleslaw.

jalapeno 4 jalapenos 2

To danie okazało się o wiele smaczniejsze, z doskonale dopasowanym masełkiem czosnkowym, którego aromat nadał polędwiczkom fajnego charakteru. Same polędwiczki w większości odpowiednio wysmażone, lekko soczyste, aczkolwiek nierówne, ponieważ dwa kawałki były wysuszone. Ogólnie jednak bardzo smaczna potrawa, która posiada swój wyrazisty smak.  O frytkach już było, natomiast dobre wrażenie pozostawiła po sobie także surówka. Coleslaw nie był za suchy, z wyraźnym smakiem cebulki, wręcz doskonale dopasowany do polędwiczek.

Dwa dania z Groupona okazały się bardzo nierówne. Polędwiczki w ogólnej ocenie otrzymały plusy, natomiast nijaka pierś z kurczaka niestety nie miała w sobie nic, co mogłoby mnie skusić do powrócenia, aby zjeść ją raz jeszcze.

Została jeszcze quesadilla, o której jednak przez długi czas nie było ani widu, ani słychu. Skończyliśmy już swoje dania, minęło dobrych 15 minut, puste talerze stały na stole, a pani kelnerki dalej nie było. Lekko zdenerwowany podszedłem sam, aby zrezygnować z reszty zamówienia, po czym okazało się, że pani sobie chyba właśnie przypomniała i już grillowała tortillę.

Quesadillę z średnio ostrym sosem otrzymujemy po kilku minutach.

jalapenos 7 jalapenos 8Salsa pomidorowa, która miała być jednym z elementów Quesa Chicken, okazała się pokrojonymi w dość gruba kostkę pomidorami. Poza tym, w środku uświadczyliśmy kawałki piersi z kurczaka, kukurydzę, a właściwie ogrom kukurydzy i zwykły żółty ser. Przypraw żadnych. Quesadilla nie okazała się chrupiąca, a wręcz za miękka, co utrudniało jedzenie ręką, tym bardziej, że ze środka wyciekały ogromne ilości wody, zapewne z pomidorów. Smak ratował nieco ostro-słony sos chili z dodatkiem sosu sojowego. Taki trochę na azjatycką modłę. Podsumowując jednak, potrawa nie do zaakceptowania za prawie 15 zł.

Z trzech zamówionych dań, właściwie tylko jedno okazało się naprawdę smaczne. Pierś z kurczaka oraz quesadilla w żadnym wypadku nie skojarzyły mi się z wyrazistą kuchnią meksykańską czy Tex-mex.

Na osobną uwagę zasługuje obsługa, która prawdopodobnie pracuje w Jalapenos za karę, robiąc klientom łaskę, kiedy ci chcą coś zamówić. Niestety, taka postawa jest nie do przyjęcia, podobnie jak nieznajomość podstawowych dań z karty, co uniemożliwia doradzenie klientom w wyborze potraw.

Drugi raz do Jalapenos raczej nie trafię. Jeśli będę miał ochotę na zjedzenie czegoś w meksykańskim stylu, wybiorę się raczej do Mexico Baru lub Mexican, które może nie są wybitnymi restauracjami, ale oferują jedzenie, którego smak się pamięta. W Jalapenos zapamiętam jedynie brak wyrazistych smaków.

 

Jalapenos Mexican Grill

ul. Rynek 45/1 a

facebook.com/jalapenos.mexican.grill.wroclaw

jalapenos.pl

 

Korean Chicken, czyli azjatycka alternatywa dla KFC.

Jeśli jesteście fanami chrupiącego kurczaka z KFC, powinniście chociaż spróbować jedzenia w tym miejscu. Korean Chicken to kameralny bar położony w obrębie placu Jana Pawła II, w sąsiedztwie legendarnego baru rybnego Krab.

Foto - Facebook Korean Chicken

Foto – Facebook Korean Chicken

Skrzydełka koreańskie to totalna nowinka nie tylko we wrocławskiej, ale zapewne i ogólnopolskiej gastronomii. Lokal prowadzi… Polak, który jest niezwykle otwarty na klientów, z chęcią opowiada o serwowanych przez siebie potrawach, a także częstuje innymi, tak, aby każdy miał okazję skosztować maksymalnie dużo smaków.

korean chicken 6

Ceny umiarkowane, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że dania są niestandardowe, orientalne. Początkowo decyduję się na zestaw 12 kawałków kurczaka bez kości w cenie 20 zł, ale właściciel szybko proponuje podmianę połowy  z nich na skrzydełka, które poda zarówno z jednym, jak i drugim dostępnym sosem. Przystałem na to, chcąc mieć szerszy pogląd serwowanych tutaj potraw. Po złożeniu zamówienia, zasiadam przy jednym ze stolików w środku (przed lokalem można także rozgościć się w ogródku).

korean chicken 7

Po niespełna 10 minutach zostaję zawołany po odbiór zamówienia. Całość otrzymuję na plastikowym talerzyku z dodatkiem dwóch małych gratisów.

korean chicken 1

Konsumpcję rozpocząłem właśnie od dwóch prezentów od właściciela, mających być, w przypadku posmakowania, zapewne inwestycją na przyszłość. O sajgonkach z warzywami można powiedzieć wszystko, ale nie to, że mają cokolwiek wspólnego z tym znanymi nam z typowych „chińczyków”. Są malutkie, a w chrupiące ciasto zawinięty jest warzywny farsz, a właściwie zmielona papka, z wyczuwalną cebulą oraz prawdopodobnie porem. Fajna przegryzka, ale raczej nie dla kogoś bardzo głodnego.

korean chicken 4

Drugim gratisem okazał się smażony pierożek Mandu, z delikatnego ciasta ryżowego, nadziewany warzywami. W środku wyczuwalna jest soja oraz tofu, ale – podobnie jak w sajgonkach – smak jet zbyt mdły, jak dla mnie zdecydowanie brakowało jakiegoś ostrego akcentu.

Po przystawce przeszedłem w końcu do próbowania głównego punktu obiadu, czyli kurczaka.

korean chicken 2

Otrzymałem w sumie 12 kawałków, z czego jedna ćwiartka była obtoczona  w słodko-sojowym sosie Gandzan, a druga w słodko-ostrym Meun. Połowa mojej porcji pozostała w samej panierce.

Najpierw zabrałem się za skrzydełka, które okazały się najmocniejszym punktem Korean Chicken. Mięso bez problemu odchodziło od kości, ale nie było wyschnięte, a idealnie soczyste. Bardzo dobra okazała się panierka, dość grubo otaczająca mięso. Panierka nie ociekała tłuszczem i pysznie chrupała pomiędzy zębami. Naprawdę dobra rzecz, aczkolwiek sporo różniąca się od znanych nam kurczaczków z KFC, zwłaszcza pod względem twardości panierki.

korean chicken 3 korean chicken 5

Po skrzydełkach przyszła kolej na kawałki kurczaka bez kości, choć to nie do końca prawda. Pomiędzy zębami zgrzytają nam chrząstki, które nie dla każdego muszą być przyjemnym przeżyciem. Do przygotowania tej potrawy nie zostały użyte „polędwiczki” z piersi, ale mięso jest smaczne, soczyste, choć z kawałkami skóry, przez co staje się mocno tłuste.

Na koniec słów kilka o sosach – największym rozczarowaniu Korean Chicken. Ogólnie w kuchni azjatyckiej uwielbiam wszelkiego rodzaju sosy, natomiast te, którymi polane zostały skrzydełka były za słodkie i właściwie smakowały identycznie. Oba dostępne sosy okazały się być bardzo gęstymi dodatkami, w których dominuje słodycz, a jedynie w Gandzan przebija się nieco słony sos sojowy. Niestety, sos słodko-ostry nie był ani trochę ostry, o co aż się prosiło przy tego rodzaju jedzeniu.

Podsumowując, skrzydełka z Korean Chicken to fajna odmiana od tych znanych z KFC, ale osoby przygotowujące dania mają jeszcze sporo pracy przed sobą. Zdecydowanie zmieniłbym smak sosów, z za słodkich na ostrzejsze oraz jakoś urozmaiciłbym sajgonki oraz pierożki, w których farsz jest niezły, ale jednak zbyt mdły.

Korean Chicken

ul. Sokolnicza 7/17

koreanchicken.pl

facebook.com/best.korean.chicken

Mai Lan, czyli azjatycka uczta w najlepszym wydaniu

Wracając ostatnio z pracy do domu, spotkało mnie spore, pozytywne zaskoczenie. Stojąc na światłach, zerknąłem w prawo, a moim oczom ukazał się niewidziany tam wcześniej szyld: Mai Lan, Bar Orientalny, Kuchnia chińska i wietnamska. 

Mai Lan II 8

Szybkie odświeżenie pamięci, i już wiem. Tak, to Mai Lan, czyli mój ulubiony wrocławski „chińczyk”, który dotychczas znajdował się przy ul. Hallera. Od teraz wielbiciele Mai Lan, a znam ich co najmniej kilku, mogą stołować się także w barze przy ul. Św. Wincentego.

Sam lokal robi dużo lepsze wrażenie, niż budka przy Hallera, a w środku jest więcej miejsca. Poza tym bez zmian, dania przygotowuje syn kucharza z pierwszego baru, a karta jest identyczna.

Mai Lan II 2 Mai Lan II 3 Mai Lan II 4

Potraw z każdym dowolnym mięsem oraz owocami morza mamy pewnie ponad setkę. Ja tradycyjnie już wybieram sajgonki z surówka z białej kapusty (6 zł za trzy sztuki), a w ciągu kolejnych dwóch dni jako główne danie decyduję się na: kurczaka po tajlandzku (13 zł) oraz makaron chiński z kurczakiem (12 zł).

Obsługa jest miła, mimo pierwszych dni działalności, działa bardzo sprawnie, a dania z kuchni wychodzą w iście ekspresowym tempie. Nie zdążyłem na dobre usiąść przy stole, a moje sajgonki są już gotowe do odbioru. Jako dodatek do każdego dania możemy sobie dobrać – za darmo – bez ilościowych ograniczeń, jeden z dwóch sosów, z których jeden jest słodki, a drugi mocno ostry.

Mai Lan II 7

Co tu dużo mówić – sajgonki są świetne, z bardzo dużą ilością dobrze doprawionego mięsa. Chrupią smakowicie, doskonale zgrywają się z ostrym sosem i nie są sztucznie napchane warzywami. Na naszym facebookowym fanpage’u spotkałem się z opiniami, że sajgonki z Mai Lan są podawane spalone. Przyznam, że nigdy się z tym nie spotkałem, a jadałem w tym miejscu dziesiątki razy.

Nie skończyłem jeść sporej przystawki, a na ladzie, do odbioru jest już kurczak po tajlandzku.

Mai Lan II 5

Danie – podobnie jak na Hallera – jest ogromne. Surówka ta sama, co w przypadku sajgonek. Świeżutka i słodka, choć nieco brakowało mi ostrości, jakby ktoś zapomniał o dodaniu chili. Kurczak? Idealnie wysmażony w delikatnej panierce, pływający w słodko-ostrym sosie z dodatkiem warzyw, czyli kalafiora, marchewki, cebuli, groszku i grzybków mun. Co ważne, warzyw świeżych, chrupiących, bez żadnych mrożonek. Danie jest świetne, ogromne i bardzo ostre, o co dodatkowo poprosiłem. Już po pierwszym gryzie wiedziałem, że właśnie oto mam nowe ulubione danie w Mai Lan. Konsystencja sosu, który szybko wnika w panierkę kurczaka, jest bardzo gęsta.

Mai Lan II 6

Drugiego dnia równie szybko obsłużono mnie, ponownie podając pyszne sajgonki, a zaraz po nich – makaron chiński z kurczakiem.

mai lan II 9

Danie przygotowane niezwykle szybko, na bazie grubego makaronu i pokrojonej w paski piersi z kurczaka. Makaron smażony jest w woku z dużą ilością sosu sojowego, a do całości wbijane jest jajko, które po ścięciu, miesza się z resztą. To właśnie jajko wraz z aromatycznym kurczakiem odgrywa w tym daniu dominującą rolę. Makaron jest tylko dodatkiem, ale bardzo smacznym, lekko podsmażonym, nie twardym. Kolejne pyszne danie, którego wielkość nieco mnie przeraża. Także tym razem nie dałem rady zjeść wszystkiego.

Moja radość jest niezmierna, ponieważ w niedalekiej odległości od mojej pracy powstał bar, który ubóstwiam. Mai Lan polecam każdemu, kto lubuje się w kuchni azjatyckiej. Dania są oryginalne, każde smakuje inaczej, co nie jest niestety standardem w każdym „chińskim” barze. Dodatkowo jest to raj dla głodomorów – porcje są ogromne, a ceny niewysokie.

 

Bar Mai Lan

ul. Św. Wincentego 45

 

Casa Della Pizza, czyli przyzwoicie i drogo

Skoro ostatnio było o pizzy, to teraz czas na… kolejną pizzę. Idąc za ciosem, po wizycie w Casa Italiana, tym razem spróbowałem włoskiego dania popisowego w Casa Della Pizza przy ul. Żeromskiego 60. Jest to drugi lokal właścicieli tej restauracyjki. Pierwszy znajduje się przy ul. Partyzantów i przez okres swojej działalności dorobił się bardzo dobrej renomy. Od kilku osób słyszałem, że właśnie tam podają najlepszą pizzę w mieście, lepszą nawet od niemal legendarnej w Piecu na Szewskiej. Ja jednak wybrałem opcję na Żeromskiego z czysto praktycznych względów – po prostu jest dla mnie bliżej. Liczyłem przy tym, że receptura przyrządzania potraw jest identyczna w obu miejscach.

Casa Della Pizza zlokalizowana jest w dość nietypowym miejscu, mało restauracyjnym, w Śródmieściu, pośród starych kamienic. Sam lokal jest niewielki, z pięcioma stolikami, ewidentnie nastawiony na zamówienia z dowozem. Osobiście wybrałem się jednak, żeby spróbować pizzy na miejscu.

1656295_597495643677316_1614380091_nDuże menu wywieszone na ścianie otwiera przed nami możliwość wyboru jednego z 34 rodzajów placków w dwóch rozmiarach. Możemy także zdecydować czy chcemy pizzę na cieście cieniutkim czy na grubym. Oprócz tego w karcie znajdują się także sałatki oraz mniejsze przekąski, czyli m.in. calzone.

Pierwsze co rzuca mi się w oczy, to ceny. Dość wysokie jak na lokalizację, w której się znajdujemy oraz wystrój lokalu. Podpytuję pani, która jest zarówno kelnerką jak i pizzerwomen (?), o najostrzejszą pizzę w karcie. Doradza mi pozycję numer 19, a więc chili z dodatkiem ostrego sosu chili, pikantnej kiełbasy salami, cebuli, kurczaka, mozarelli i, uwaga – alapeno! Naturalnie domyślam się, że chodzi o papryczki jalapeno, ale pani uparcie mówi, że to Alapeno. Nie wyprowadzam więc jej z błędu, aczkolwiek w takim miejscu wypadałoby posługiwać się poprawnymi nazwami dodatków.

pizza

Czas oczekiwania ok. 10 minut, więc zasiadam i czekam. Po zaledwie połowie wspomnianego wcześniej czasu otrzymuję swoje zamówienie. Zdziwienie moje nie zna granic, kiedy okazuje się pizza została podana na papierowym talerzyku i z plastikowymi sztućcami.

casa 1

Na pewno nie można powiedzieć o tej pizzy, że jest mała. Placek nie jest obłożony wielką ilością sera, ale to akurat dobrze. Zadziwiają mnie natomiast kawałeczki, kawałeńki suchego kurczaka, na moje oko jakieś 30 g na całą pizzę. Ok, próbujemy.

casa 2

 

Pierwsze co czuję, to ostrość sosu. Uwielbiam ostre potrawy, nawet bardzo ostre, a ten sosik jest bardzo przyjemnie ostry, a w dodatku smaczny. Jeszcze lepiej jest, kiedy gryzę kawałek z jalapeno i smaczną – co nie jest standardem w pizzeriach – kiełbasę salami. Jeśli chodzi o dodatki, to faktycznie ścisła wrocławska czołówka, bardzo dobre jedzenie. Niestety, jest jeszcze druga część, czyli ciasto. Cieniutkie, i owszem, wypiekane w bardzo wysokiej temperaturze w krótkim czasie, ale nie chrupkie. Ciasto – choć smaczne –  jest za miękkie, nasiąknięte sosem, co uniemożliwia zjedzenie jej samymi rękami. Co gorsze, plastikowymi sztućcami także, więc za to wielki minus.

casa 3

Płacąc 26 zł za pizzę fajnie byłoby móc zjeść ją metalowymi sztućcami. Dlatego też mam mieszane uczucia co do Casa Della Pizza. Pizza jest smaczna, ale niedopracowana, głównie jeśli chodzi o ciasto. Natomiast brak standardowej zastawy, zastąpionej papierowymi talerzykami, jest zwyczajnym nieporozumieniem.

Casa Della Pizza

ul. Żeromskiego 60

facebook.com/casadellapizzawroclaw

Le Gyros, czyli wyrobom kurczakopodobnym mówimy stanowcze NIE

Kiedy nie mam czasu wyskoczyć z pracy nawet na chwilę, żeby coś zjeść, decyduję się w ostateczności na zamówienie czegoś z dowozem. Niestety, mieszkając we Wrocławiu dysponujemy ograniczonym wyborem, ponieważ większość jedzenia w opcji z dostawą do pracy/mieszkania, jest zwyczajnie bardzo niskich lotów. Przekonałem się o tym kolejny raz, zamawiając coś, co w menu Le Gyros nosiło nazwę Gyros drobiowy.

Zdecydowałem się na Le Gyros ze względu na bliskość lokalu przy ul. Jaracza. Le Gyros posiada trzy miejscówki we Wrocławiu, poza wspomnianą, także na ulicy Igielnej i Sądowej. W menu znajdziemy zarówno pizzę, gyrosa oraz dania kuchni polskiej z pierogami na czele. Miałem ochotę na jakieś mięsko, więc jako się rzekło – wybieram gyros drobiowy z frytkami i surówką oraz sosem czosnkowym w cenie 20,99 zł za cały zestaw plus 5 zł za dowóz. Dzwonię, zamawiam i otrzymuję informację o ok. 40 minutach oczekiwania.

Po około pół godzinie przyjeżdża moje zamówienie.

20140517_133947

 

Surówka miała być z białej kapusty, jest jednak i biała i czerwona, za którą specjalnie nie przepadam. Całość spakowana jest w standardowy pojemnik styropianowy, natomiast sosik nalany osobno do mniejszego.

Na pierwszy rzut oka coś mi nie pasowało, ale postanowiłem spróbować. Po premierowym gryzie już wiedziałem co jest nie tak – pokrojony drobno kurczak jest wysuszony, a momentami spalony, z potwornie twardą skórką, której nie da się w żaden sposób przegryźć. W porcji widocznej na zdjęciu znalazło się ledwie kilka kawałeczków zdatnych do przełknięcia, niestety kompletnie bez smaku. Kurczak nie dość, że był wysuszony na wiór, to jeszcze ktoś chyba zapomniał użyć podstawowych przypraw. Próbowałem ratować sytuację sosem czosnkowym, ale zanim jeszcze to zrobiłem, odpuściłem sobie. Sos kupny, w smaku podobny do wszystkiego, tylko nie do czosnku.

20140517_133954

Miałem nadzieję, że chociaż frytki nieco zaspokoją mój głód. Niestety, one okazały się dramatem totalnym. Zbyt szybko wyjęte z frytkownicy, gumiaste i nieposolone. Efekt – 90% dania wylądowało w koszu na śmieci, ponieważ nie było możliwości zjedzenia do końca.

Jeśli za takie danie, razem z dowozem, trzeba zapłacić 25,99 zł, to ja dziękuję. W każdym dobrym barze mlecznym zjem za tę kwotę przez dwa dni, smacznie. Le Gyros okazał się totalną klapą, miejscem, w którym o klienta raczej niespecjalnie się dba. Podanie tego, co widzicie na zdjęciu, jest zwyczajnym brakiem szacunku do człowieka, który zamawia.

W tym miejscu więcej zamawiać nie będziemy, mimo że spróbowaliśmy zaledwie jednej pozycji z menu.

Le Gyros

ul. Jaracza 75 a

www.gyros-wroclaw.pl/

facebook.com/legyros.wroclaw

Tortilla z kurczakiem na zimno

Kiedy zbliża się sobota, a nam nie chce się specjalnie pichcić wykwintnych potraw, warto spróbować zrobić coś na szybko, co idealnie będzie pasowało na wieczorną imprezę. Dobrym pomysłem są roladki z tortilli na zimno. Roladki lub koreczki, nazwa jest nieważna. Ważny jest atrakcyjny wygląd i świetny smak. Tak naprawdę to od każdego z nas oraz naszych upodobań kulinarnych zależy, co wrzucimy do środka tortilli i czym ugościmy znajomych.

domowe tortille 2

 

Osobiście, w takich daniach lubię prostotę. Tak więc w moich tortillach użyłem następujących składników:

  • tortille pszenne
  • usmażone wcześniej, panierowane piersi z kurczaka
  • sałatę lodową
  • czerwoną fasolę
  • kukurydzę
  • czerwoną paprykę

Przygotowanie całości zajmuje góra kilkanaście minut, a efekt jest wyborny. Na początek najlepiej zając się usmażeniem piersi z kurczaka, która obtaczamy w panierce z bułki tartej, przyprawionej solą, pieprzem i ostrą papryka. Po usmażeniu, kroimy piersi w paseczki i pozwalamy im ostygnąć, a my przygotowujemy resztę.

Na rozłożonej tortilli nie rozsmarowuję sosu, ponieważ wolę go podać w miseczce, aby każdy z gości mógł sam sobie wybrać jego ilość. Do tortilli wrzucam pokrojoną w paseczki sałatę i paprykę oraz fasolę, kukurydzę i kilka kawałków chrupiącego kurczaka. Całość zwijam bardzo mocno, aby każdy element w środku do siebie przylegał i nie wyleciał podczas krojenia. Po zrolowaniu tortilli, wbijam trzy wykałaczki w równych odstępach i, kroję pod kątem.

domowe tortille 1Całość układamy na tacy, w towarzystwie guacamole i sosu czosnkowego. W taki sposób każdy może sam sobie wybrać ulubiony sos lub salsę.

Guacamolę robię w najprostszy możliwy sposób, rozgniatając dwa awokado, dodając drobno posiekaną czerwoną cebulkę i papryczkę chili. Całość skrapiam sokiem z całej limonki i mieszam. Szybka salsa, której smak jest sprawdzony od dawna.

Do sosu czosnkowego potrzebujemy jogurt naturalny, dwie łyżki majonezu, papryczkę chili, dwa ząbki czosnku oraz sól i pieprz. Wszystko blendujemy i wlewamy do miseczki. Milutki, czosnkowy zapach z buzi – gwarantowany.

Takie tortille, jako przystawkę, można podawać od razu, na ciepło lub na zimno, jako świetny dodatek do alkoholu.