sos ostry

Lokanta Kebab, czyli pozytywne zaskoczenie

Jeszcze kilka lat wstecz nie miałem specjalnego przekonania do wszelkiego rodzaju kebabów serwowanych w dziesiątkach budek we Wrocławiu. Ostatnio jednak coraz bardziej się przełamuję, bo też zazwyczaj mam szczęście trafiać na naprawdę dobre kebaby. Tym razem, dość przypadkowo, wpadłem do Lokanta Kebab przy ul. Piastowskiej. Szedłem akurat załatwić coś do pobliskiego salonu Skody, a że na ulicy roznosił się miły zapach, wstąpiłem na szybkie jedzenie.

turek 4

Miejsce ewidentnie nastawione na studentów, oferujące dla nich 20% zniżki na wszystkie dania. Jako że okres mojego studiowania dobiegł końca już kilka lat temu, musiałem pogodzić się ze standardowymi cenami, które i tak są bardzo przystępne.

turek 5 turek 6

Lokalik jest malutki, z kilkoma siedzeniami. Obsługuje nas Turek, który całkiem nieźle posługuje się naszym językiem i bardzo sprawnie działa przy mięsie. Szybko decyduję się na kebaba w tortilli za 10 zł, czekam dwie minuty i otrzymuję swoją paczuszkę.

turek 3

Porcja jest naprawdę duża, z mnóstwem wołowiny. Tortilla została lekko przypieczona na grillu, a w środku, oprócz mięsa,  znalazła się tylko biała kapusta i ostry sos. Poprosiłem tylko o takie dodatki, ponieważ niespecjalnie gustuję w pomidorach i czerwonej kapuście w kebabie.

turek 2 turek 1

Mięso zostało skrojone dość cienko, bezpośrednio przed włożeniem do tortilli. Smakowało bardzo fajnie, czuć było dobrze doprawioną wołowinę, a ostry sos, który okazał się faktycznie nieźle palącym dodatkiem, nie zabijał smaku, a jedynie go umiejętnie podkręcał. Wołowina była soczysta i jak dla mnie była jedną z lepszych, jakie miałem okazję jeść we wrocławskich kebabach. Do tego porcja jest prawdziwie studencka, ogromna, właściwie ciężka do zjedzenia na raz. Co ważne, całość nie jest zalana ogromną ilością sosu, dzięki czemu tortilla nie rozmięka, nic specjalnie nie cieknie nam po rękach.

Jadłem tam póki co tylko raz, bo jakoś jest mi nie po drodze, aby zawitać ponownie. Niestety, dojazd autem jest utrudniony, ponieważ ulica właściwie zawsze jest zastawiona, a najbliższy parking z nadzieją na znalezienie wolnego miejsca znajduje się chyba w Pasażu Grunwaldzkim. Mimo problemów parkingowych, polecam zdecydowanie już po pierwszym razie. Fajne, smaczne mięso, szybka obsługa i spora porcja za niewielką cenę.

Lokanta Kebab

ul. Piastowska 23

Reklamy

Mai Lan, czyli azjatycka uczta w najlepszym wydaniu

Wracając ostatnio z pracy do domu, spotkało mnie spore, pozytywne zaskoczenie. Stojąc na światłach, zerknąłem w prawo, a moim oczom ukazał się niewidziany tam wcześniej szyld: Mai Lan, Bar Orientalny, Kuchnia chińska i wietnamska. 

Mai Lan II 8

Szybkie odświeżenie pamięci, i już wiem. Tak, to Mai Lan, czyli mój ulubiony wrocławski „chińczyk”, który dotychczas znajdował się przy ul. Hallera. Od teraz wielbiciele Mai Lan, a znam ich co najmniej kilku, mogą stołować się także w barze przy ul. Św. Wincentego.

Sam lokal robi dużo lepsze wrażenie, niż budka przy Hallera, a w środku jest więcej miejsca. Poza tym bez zmian, dania przygotowuje syn kucharza z pierwszego baru, a karta jest identyczna.

Mai Lan II 2 Mai Lan II 3 Mai Lan II 4

Potraw z każdym dowolnym mięsem oraz owocami morza mamy pewnie ponad setkę. Ja tradycyjnie już wybieram sajgonki z surówka z białej kapusty (6 zł za trzy sztuki), a w ciągu kolejnych dwóch dni jako główne danie decyduję się na: kurczaka po tajlandzku (13 zł) oraz makaron chiński z kurczakiem (12 zł).

Obsługa jest miła, mimo pierwszych dni działalności, działa bardzo sprawnie, a dania z kuchni wychodzą w iście ekspresowym tempie. Nie zdążyłem na dobre usiąść przy stole, a moje sajgonki są już gotowe do odbioru. Jako dodatek do każdego dania możemy sobie dobrać – za darmo – bez ilościowych ograniczeń, jeden z dwóch sosów, z których jeden jest słodki, a drugi mocno ostry.

Mai Lan II 7

Co tu dużo mówić – sajgonki są świetne, z bardzo dużą ilością dobrze doprawionego mięsa. Chrupią smakowicie, doskonale zgrywają się z ostrym sosem i nie są sztucznie napchane warzywami. Na naszym facebookowym fanpage’u spotkałem się z opiniami, że sajgonki z Mai Lan są podawane spalone. Przyznam, że nigdy się z tym nie spotkałem, a jadałem w tym miejscu dziesiątki razy.

Nie skończyłem jeść sporej przystawki, a na ladzie, do odbioru jest już kurczak po tajlandzku.

Mai Lan II 5

Danie – podobnie jak na Hallera – jest ogromne. Surówka ta sama, co w przypadku sajgonek. Świeżutka i słodka, choć nieco brakowało mi ostrości, jakby ktoś zapomniał o dodaniu chili. Kurczak? Idealnie wysmażony w delikatnej panierce, pływający w słodko-ostrym sosie z dodatkiem warzyw, czyli kalafiora, marchewki, cebuli, groszku i grzybków mun. Co ważne, warzyw świeżych, chrupiących, bez żadnych mrożonek. Danie jest świetne, ogromne i bardzo ostre, o co dodatkowo poprosiłem. Już po pierwszym gryzie wiedziałem, że właśnie oto mam nowe ulubione danie w Mai Lan. Konsystencja sosu, który szybko wnika w panierkę kurczaka, jest bardzo gęsta.

Mai Lan II 6

Drugiego dnia równie szybko obsłużono mnie, ponownie podając pyszne sajgonki, a zaraz po nich – makaron chiński z kurczakiem.

mai lan II 9

Danie przygotowane niezwykle szybko, na bazie grubego makaronu i pokrojonej w paski piersi z kurczaka. Makaron smażony jest w woku z dużą ilością sosu sojowego, a do całości wbijane jest jajko, które po ścięciu, miesza się z resztą. To właśnie jajko wraz z aromatycznym kurczakiem odgrywa w tym daniu dominującą rolę. Makaron jest tylko dodatkiem, ale bardzo smacznym, lekko podsmażonym, nie twardym. Kolejne pyszne danie, którego wielkość nieco mnie przeraża. Także tym razem nie dałem rady zjeść wszystkiego.

Moja radość jest niezmierna, ponieważ w niedalekiej odległości od mojej pracy powstał bar, który ubóstwiam. Mai Lan polecam każdemu, kto lubuje się w kuchni azjatyckiej. Dania są oryginalne, każde smakuje inaczej, co nie jest niestety standardem w każdym „chińskim” barze. Dodatkowo jest to raj dla głodomorów – porcje są ogromne, a ceny niewysokie.

 

Bar Mai Lan

ul. Św. Wincentego 45

 

Droga Mleczna, czyli przepysznie ostry burger

Jakiś czas temu dowiedziałem się, że przy ul. Krasińskiego powstała kolejna mała knajpka w nowoczesnym, dość minimalistycznym stylu, mianowicie Droga Mleczna. Zaciekawiło mnie ich menu, składające się zarówno z dań dla wegan, wegetarian i bezglutenowców, a także burgery wołowe oraz mięsne dania obiadowe. W sumie dość standardowo w ostatnim czasie, modnie, ale wygląda nieźle.

Lokal z zewnątrz wygląda okazale, zdecydowanie wybijając się spośród otaczającej go szarej rzeczywistości kamienic komunalnych.

10411910_751992181487939_8597271244677057660_nJako że nie miałem zbyt wiele czasu, postanowiłem na szybko zamówić burgera, do którego zresztą od razu po wejściu namawia mnie miły człowiek stojący za ladą, zapewne właściciel. Poza burgerami do wyboru mamy sporo pozycji, m.in. makarony, kanapki z pieca, sałatki, a także menu śniadaniowe. Wszystko zapakowane w ładne dla oka menu oraz rozpisane na dużej tablicy naprzeciwko wejścia, z zaznaczeniem dań wegetariańskich i bezglutenowych.

10354176_748637711823386_7930455488025266642_n

W środku możemy usiąść przy jednym z czterech stolików lub na hokerach przy ścianie. Wnętrze jest urządzone nowocześnie, z drewnianymi stolikami i obrusami w kratę. Wygląda to naprawdę przyjemnie.

Namówiony przez obsługę na burgera, wybieram Cheese Burgera. Dodatkowo zachęca mnie informacja o tym, że bułki do burgerów wypiekane są na miejscu. Do wyboru mam trzy stopnie ostrości: lekko ostry, ostry i hot. Decyduję się na hot, prosząc jednocześnie, aby był to podwójne hot. Burger kosztuje 17 zł plus 3 zł za szklankę wody z limonką.

Właściwie wszystkie burgery w ofercie są dość standardowe oraz jeden wegetariański z kotletem warzywnym z kaszy jaglanej, słonecznika, fasoli czerwonej, sezamu i marchewki.

Czekam i przypominam sobie, że nie zostałem zapytany o stopień wysmażenia mięsa, więc… w tym względzie jestem skazany na kucharza. Po około 10 minutach na moim stoliku ląduje oto taki burger.

droga mleczna 1

Na pierwszy rzut oka wygląda jakby bułka była nieco za cienka, aczkolwiek wygląda niezwykle apetycznie. Jest świetnie wypieczona i posypana sezamem.

Tak jak prosiłem, ostre aromaty burgera jako pierwsze docierają do mojego nosa. W środku wypełniony jest papryczkami chili i jalapeno, a bułka posmarowana jest z obu stron czymś w rodzaju gęstego sosu chili.

droga mleczna 2

Samo mięso jest ładnie oblepione roztopionym serem, a poza papryczkami w bułce znajdziemy sałatę i cebulę czerwoną.

Zabieramy się za jedzenie. Pierwszy gryz i… bardzo, bardzo pozytywne zaskoczenie. Mięso wysmażone jest właściwie książkowo, z lekko różowawym mięsem, grubo zmielone, a ostrość papryczek i sosu dochodzi miarowo do kubków smakowych. Bułka jest świetna, lepszą jadłem chyba tylko w Pasibusie, lekko słodkawa i chrupiąca. Naprawdę smaczna.

droga mleczna 3

Jak dla mnie mięso mogłoby być nieco bardziej doprawione pieprzem, ale burger jako całość smakuje doskonale, jest ostry dokładnie tak jak lubię. W sumie, ciężko się do czegoś przyczepić. Cieszy to tym bardziej, że lokal działa od niedawna i od samego początku stawia na wysoki poziom jedzenia.

Spróbowałem tylko jednej potrawy, ale wiem, że na pewno odwiedzę Drogę Mleczną jeszcze nie raz. Lokal jest przyjemny, obsługa przyjazna, a co najważniejsze – dania przygotowywane są ze świeżych produktów.

Polecam, zdecydowanie! Oby więcej takich miejsc we Wrocławiu.

Droga Mleczna

ul. Krasińskiego 32

facebook.com/DMleczna

Bong Sen, czyli koszmarny wietnamski sen

Uwielbiam zwiedzać wszelkiego rodzaju knajpki z azjatyckim jedzeniem gdziekolwiek jestem. We Wrocławiu odwiedziłem już większość z nich, trafiając zarówno na te świetne, jak m.in Thai-Viet czy Mai Lan oraz fatalne, czyli Ha-NoiNauczyłem się nie przywiązywać zbyt wielkiej uwagi do wystroju, wyglądu i czystości panującej w tych miejscach, a zwracać uwagę głównie na jedzenie. Dawno jednak nie trafiłem na coś podobnego do tego, co spotkało mnie w niedawno powstałym barze Bong Sen przy ul. Poniatowskiego.

wietnamska 6

Z szyldu wita nas informacja o serwowanej w środku taniej i smacznej kuchni wietnamskiej, czyli znając życie, dokładnie takiej samej jak w 99% podobnych barów. Wchodzimy. Od progu poraża nas niesamowita pustka. Klientów dosłownie zero, a przybyłem w porze obiadowej. Panie kelnerki (dwie?!) niemal podskoczyły, kiedy wszedłem, jakby zaskoczone, że w ogóle ktokolwiek zdecydował się na zjedzenie w ich lokalu. W środku panuje nieprawdopodobny półmrok, wręcz ciemności z delikatną czerwonawą poświatą, więc wybaczcie mi jakoś zdjęć, ale lepszych nie udało się wykonać.

Karta, jak to karta w „chińczykach”, obszerna. Jak nazwa wskazuje, Bong Sen to bar wietnamski, ale oferujący nam m.in. kurczaka po tajlandzku czy wołowinę po chińsku.

wietnamska 1 wietnamska 2

Panie obsługujące salę chyba nie za bardzo mogły się zdecydować na to, która ma do mnie podejść, więc nie podeszła ani jedna, a zamówienie złożyłem osobiście przy barze. Z tym jednak też nie było za łatwo. Chcąc zamówić zupę pekińską, otrzymałem informację od kelnerki, że nie warto, bo jest niesmaczna. Zaufałem więc jej, wybierając krabową w cenie 5 zł. Kolejnym zdarzeniem żywcem wziętym z filmów Barei była sytuacja, kiedy pytając o to, jak wygląda danie pt. Kurczak orientalny, w odpowiedzi usłyszałem, że „to jakaś taka papka”

Postanowiłem więc wziąć coś najbezpieczniejszego, czego raczej nie da się zepsuć, kurczaka w cieście kokosowym za 13 zł oraz trzy sajgonki z surówką za 7 zł.

Zupę otrzymałem w tempie ekspresowym, zapewne po wcześniejszym odgrzaniu w mikrofali. Wyglądała tak.

wietnamczyk zupa

Oczywistym jest, że zupa krabowa w takich miejscach z krabami ma tyle wspólnego co nic, ale próbujemy. Jest niebywale gorąca i… słona. Tak słona, że ciężko ją jeść. Zupę otrzymujemy w niewielkiej miseczce, a smakuje właściwie jak rosół, z bardzo wyczuwalnym smakiem kurczaka, jedynie zagęszczony mąką ziemniaczaną i kawałkami paluszków surimi. Od takich specjałów należy trzymać się jak najdalej.

Po kilku minutach pani kelnerka, która chyba  w końcu zrozumiała, że do jej obowiązków należy obsługa klientów, przynosi sajgonki, najmocniejszy punkt tego obiadu, aczkolwiek nie idealny.

wietnamska 3

Trzy sporej wielkości sajgonki są chrupiące, ewidentnie usmażone na świeżo, ale smakują dość specyficznie, jakby ktoś zapomniał dodać do nich mięsa. Mielonej wieprzowiny uraczyłem w śladowych ilościach, a w farszu przeważał ryż (!) i grzyby mun oraz kapusta, dużo kapusty. Kapusta została dołączona także w postaci surówki, która chyba jednak została podana mi po jakimś kliencie z poprzedniego dnia, który jej nie tknął. Surówka jest zdecydowanie za miękka i wodnista, jakby miała kilka dobrych dni. Bliżej jej do kiszonej, aniżeli świeżej białej kapusty.

Innym hitem są sosy, leżące na barze,  którymi można polać dania. Spytałem o najostrzejszy, więc pani poleciła mi jeden z nich, ostrzegając jednak, że naprawdę pali, czyli właśnie tak, jak lubię. Polewając nim sajgonki ostrzyłem sobie zęby, że przynajmniej ostrości w tym barze mi nie zabraknie, skoro smacznego jedzenia nie uświadczyłem. Niestety, sos okazał się sosem słodkim, więc z ostrości nici.

Po sajgonkach przyszedł czas na kurczaka w cieście kokosowym.

wietnamska 4

Już pierwszy rzut oka wystarczy, żeby spostrzec się, że coś tutaj nie gra. Danie i owszem, jest ogromne, ale kawałki kurczaka nie są dokładnie obtoczone w cieście, a sama panierka wręcz ocieka tłuszczem. Ktoś tu chyba zapomniał dobrze zagrzać frytownicę. Do dania dołączona jest ta sama surówka co do sajgonek, więc sobie odpuszczam, ryż ugotowany w porządku, szkoda tylko, że nie ma możliwości polać go niczym ostrym.

Kurczak jest usmażony prawidłowo, delikatny w środku, ale to co dzieje się na zewnątrz, to istny dramat. Panierka w żaden sposób nie chce trzymać się mięsa, a po nakrojeniu, na talerz wypływają takie ilości tłuszczu, jakby ktoś po usmażeniu oblał danie jeszcze olejem.

wietnamska 5

Zjadam trzy kawałki i odpuszczam, bo zwyczajnie nie chcę się zatruć. Warzywa dołączone do dania, a właściwie jakieś odrzuty, czyli dwa kawałeczki kalafiora i trzy ziarenka groszku kompletnie bez smaku…

Jeszcze nie zdarzyło mi się nikogo tak skrytykować, ale ten bar od A do Z, od obsługi, poprzez wystrój i na jedzeniu kończąc jest fatalny. Sądząc po podanych mi daniach, nie wierzę, że inne potrawy są smaczne. Zwyczajnie nie mogą.

Bong Sen położony jest niby w bliskiej okolicy centrum, ale tak naprawdę w fatalnym miejscu, w wąskiej uliczce, gdzie nie da się zaparkować. Ten bar nie jest stworzony dla osób, które chcą podczas pracy wpaść coś zjeść na szybko. Żeby znaleźć miejsce parkingowe niedaleko, trzeba się trochę najeździć. Ja już nie zamierzam.

Bong Sen Kuchnia wietnamska

ul. Poniatowskiego 10/1 B

Ha Long, czyli nieźle, ale do ideału daleko.

Ostatnimi czasy niemal zakochałem się w azjatyckim jedzeniu, i dopiero teraz dostrzegam niektóre knajpki we Wrocławiu, oferujące właśnie takie specjały. Do moich ulubionych zdecydowanie należą Mai Lan z Hallera i  Thai-Viet ze Sztabowej. Długo czaiłem się także, aby odwiedzić zachwalane przez czytelników naszego bloga Ha Long przy ul. Ostrowskiego, aż w końcu udało mi się trafić do tego miejsca.

Bar jest nieco schowany, mieści się naprzeciwko FAT-u, i niestety – sporym problemem jest znalezienie miejsca parkingowego w pobliżu, zwłaszcza w godzinach największego natężenia ruchu. Kiedy jednak już zaparkujemy, mamy możliwość wyboru tego czy chcemy usiąść w niewielkim lokalu, czy przy stoliku na zewnętrznym ogródku.

Od wejścia wita nas uśmiechnięta azjatka, która bardzo sprawnie radzi sobie z obsługa klientów. Menu, jak to w orientalnych barach, poraża swoją rozległością, pozwalając nam na zamówienie dań zarówno z kurczaka, wołowiny, wieprzowiny, jak i owoców morza.

Menu

Ceny są niskie, a w barze – dość kiczowatym – jest o dziwo stosunkowo czysto, przynajmniej jak na standardy azjatyckich barów we Wrocławiu. Na przystawkę decydują się oczywiście na uwielbiane przeze mnie sajgonki w cenie 6 zł za trzy sztuki. Przy wyborze dania głównego swój wzrok kieruję w stronę opcji drobiowych. Decyduję się ostatecznie na kurczaka w sosie curry za 12 zł, natomiast żona wybiera kurczaka w cieście za tą samą kwotę. Do każdego dania, w cenie, dodawana jest surówka oraz ryż.

Niemal nie zdążyliśmy jeszcze usiąść, a zostaję wezwany po odbiór sajgonek. Trochę mnie to niepokoi, ponieważ minęło naprawdę niewiele czasu od złożenia zamówienia. Do przystawki wybieram najostrzejszy z sosów, które stoją na barze i można się nimi częstować do woli.


chińczyk ostrowskiego 2Niestety, moje obawy się potwierdzają. Sajgonki co prawda są chrupiące, ale chłodne w środku. O czym może to świadczyć? Zapewne o tym, że przystawka przygotowana jest dużo wcześniej, wstępnie obsmażona, a przed wydaniem klientowi tylko „podgrzana” we frytkownicy.

Sajgonki z Ha Long nie równają się z tymi z Thai-Viet, nabitymi mięsem i świetnie usmażonymi. Te na Ostrowskiego to w dużej mierze papier ryżowy z delikatnym, bardzo delikatnym dodatkiem mięsa i marchewki. Świetny za to jest sos, niesamowicie ostry, gęsty,zdecydowanie górujący nad niewyraźnymi sajgonkami. Pyszna jest także surówka z białej kapusty. Lekko ostra, chrupiąca, z przebijającą się słodyczą, świetna.

Nie udaje mi się skończyć pierwszej potrawy, kiedy otrzymujemy dania główne.

chińczyk ostrowskiego 3

Kurczak w cieście, czyli najbardziej przewidywalne danie w azjatyckich barach, ale niezmiennie je uwielbiam. Ta potrawa, w przeciwieństwie do sajgonek, na pewno jest przygotowywana na bieżąco.

Spore kawałki soczystej piersi z kurczaka otoczone są grubą warstwą chrupiącego ciasta, które jednak nie dominuje smaku mięsa. Danie jest banalne, ale bardzo smaczne, nieco fast-foodowe. Do zjedzenia niezbędny jest sosik, tym razem słodko-ostry, ponieważ bez niego danie mogłoby być za suche.

chińczyk ostrowskiego 1

Równolegle do kurczaka w cieście, otrzymuję mojego kurczaka w sosie curry z warzywami. Poprosiłem o jak najostrzejszą wersję tego dania i, jak się okazuje po pierwszym kęsie, kucharz faktycznie nie skąpił pikantnych przypraw.

Płynne danie jest smaczne, szkoda tylko, że „wzbogacone” o warzywa z mrożonki. Można to jednak przeżyć, zwłaszcza, że kurczak jest pyszny, ostry i mięciutki, z przebijającym się smakiem curry. Świetnie komponuje się ze słodko-kwaśną surówką i idealnie ugotowanym ryżem. Szkoda tej mrożonej marchewki, która jest gumowata, ale już pieczarki i por smakują jak świeże.

Ogólnie, za tę kwotę otrzymujemy bardzo duże, dość smaczne porcje, które jednak nie wyróżniają się za bardzo. Oczywiście, trzy dania nie są zbyt wielką próbą, więc widzę potencjał w tej knajpce, tym bardziej, że mimo mrożonki, mój kurczak bardzo mi smakował. Sajgonki zdecydowanie do poprawki, zwłaszcza jeśli chodzi o ilość mięsa w środku.

Potrawy z Ha Long nie zapadają mocno w pamięci, ale są poprawne i smaczne, zwłaszcza na szybki obiad w przerwie podczas pracy. Jest to kolejny azjatycki bar, który warto odwiedzić, aczkolwiek według mnie daleko mu do jakości Thai-Viet i Mai-Lan.

 

Ha Long

ul. Ostrowskiego 1

www.halong.net.pl

facebook.com/Bar-Orientalny-Ha-Long

Fryciarnia Amsterdam, czyli bez holenderskiego polotu

Bary specjalizujące się w przyrządzaniu frytek nie są domeną Wrocławia. W większości miejsc, w których są one serwowane, występują zazwyczaj jako dodatek, a nie jako osobne, firmowe danie. Jakiś czas temu w samym centrum miasta powstała Fryciarnia Amsterdam. Jej właściciel założył ją w stolicy Dolnego Śląska na fali sukcesu, jaki jego pierwszy lokal odniósł w Legnicy. Miałem okazję być już pierwszego dnia na otwarciu fryciarni, i wtedy zostałem pozytywnie zaskoczony jakością smażonych krojonych ziemniaków. Całość przygotowywana jest na miejscu, do wyboru mamy kilka sosów, nieźle.

Niestety, tak było kilka miesięcy temu. Ostatnio ponownie udałem się ze znajomymi do Amsterdamu, żeby sprawdzić czy frytki dalej są smaczne i chrupiące, ale wrażenia były zgoła odmienne.

Lokal usytuowany przy ul. Więziennej, w otoczeniu włoskich knajpek, jest niewielki, z możliwością zamówienia frytek także przez okienko, bez konieczności wchodzenia do środka. Wybieramy jednak opcję zamawiania w środku baru. Menu oferuje nam frytki, zapiekanki, sałatki oraz tosty, ale tego dnia przyszliśmy smakować tych pierwszych. Zamawiamy po dużej porcji, która kosztuje 9 zł. Mniejsza to koszt 7 zł, plus sos za 1 zł.

Frytki krojone są na miejscu oraz smażone już po zamówieniu, więc nie ma mowy o odsmażanych czy nieświeżych porcjach. Czekamy kilka chwil i możemy odebrać zamówienie. Do frytek zamówiliśmy dość tradycyjne sosy, czyli majonezowy, ketchup oraz ostry, które podawane są w plastikowych kubełkach znanych z pizzerii. Według obsługi są to sosy przygotowywane na miejscu. Dziwnym trafem są nalewane z dużych pojemników kupnych sosów, dostępnych w większości podłych dworcowych barów.

fryciarnia sosy

Porcja frytek jest spora i wygląda zachęcająco. Co ciekawe, frytki nie są wcześniej solone, a na stoliku nie znajdujemy solniczki, o którą trzeba się upomnieć.

frytki

Frytki faktycznie wyglądają domowo, ale po pierwszym gryzie każdy z obecnych ma jakieś ale. Szybko dochodzimy do tego, dlaczego tak się stało. Smażone ziemniaczki tak naprawdę nie są zbyt mocno wysmażone. Frytki w większości są miękkie i nasiąknięte olejem. Nie chrupią smakowicie, jak podczas mojej pierwszej wizyty w tym miejscu. Niestety, albo ktoś czegoś nie dopilnował i za krótko smażył frytki, albo – co gorsza – takie standardy wprowadzono w Amsterdamie.

Jest jeszcze jedna wada, która mocno przeszkadza, jeśli ktoś lubi jeść bez sztućców. W torebce z frytkami jest za dużo malutkich kawałków, wręcz odpadów, które ciężko jakkolwiek uchwycić.

O sosach także ciężko powiedzieć coś pozytywnego. Smakują do bólu standardowo, ostry ostrym wcale nie jest, ketchup kupny, no i majonezowy, czyli taki jak dodawany do hot-dogów na stacjach benzynowych.

Fryciarnia Amsterdam obniżyła loty po całkiem obiecującym początku i, prawdę mówiąc, ciężko mi sobie wyobrazić, aby to miejsce na stałe wypełniło lukę na fryciarnianej pustyni, jaką jest Wrocław.

 

Fryciarnia Amsterdam

ul. Więzienna 5 c

facebook.com/fryciarnia.wroclaw

Thai-Viet, czyli dobra azjatycka kuchnia

W ostatnim czasie odwiedziłem kilka azjatyckich knajpek we Wrocławiu, w poszukiwaniu najlepszej z nich. Trafiłem zarówno na świetne jedzenie w Mai Lan, jak i na dramat w Ha-Noi. Na naszym Facebookowym fanpage’u zapytałem was gdzie jeszcze warto się udać. Jedna z odpowiedzi zaprowadziła mnie na ulicę Sztabową, do Baru Thai Viet.

thai viet z zewnątrz

Lokal już od wejścia – przez swoje zdobienia – wygląda na nieco kiczowaty. W środku wystrój nie różni się za wiele, ale są klienci, nawet nie mało, a to dobry znak. Zresztą nie od dziś wiadomo, że chcąc zjeść przyzwoite azjatyckie jedzenie w przyzwoitej cenie, nie możemy spodziewać się przesadnej czystości takiego miejsca. Mnie to jednak nie przeszkadza, bo zwracam uwagę na smak dań.

Menu jest niezwykle obszerne, zawiera wszelkiego rodzaju dania mięsne oraz z owocami morza i tofu. Moją uwagę przykuwa na początek Pad-Thai i kurczak Curry. Mam jednak pewne obawy, więc decyduję się na coś bezpiecznego, i co lubię.

Na przystawkę oczywiście zamawiam sajgonki z surówką w cenie 7 zł. Dobieram także dwa dania główne – kurczaka w cieście za 13 zł oraz kurczak z trawą cytrynową na ostro za 15 zł. Proszę kelnera, aby to drugie danie było faktycznie bardzo ostre, nie tylko z nazwy.

Kelnerzy to także osobna historia Thai-Viet. Z kuchni słychać bliżej nieznany azjatycki język, a na sali obsługują nas dwaj dość swobodnie podchodzący do swojej pracy Polacy, którzy jednak są bardzo mili, informując zawczasu, że podanie zamówienia może nieco się opóźnić z powodu dużej ilości klientów. Ok, nie ma problemu, 20 minut nikogo nie zbawi, zwłaszcza jeśli ma być dobrze.


thai viet menu 1 thai viet menu 2

 

Nie mija jednak 10 minut, a mimo faktycznie dużej ilości gości w restauracji, na moim stole pojawiają się trzy sajgonki z surówką z białej kapusty. Do sajgonek możemy wybrać jeden z dwóch sosów, niemal tradycyjnie w każdej chińskiej knajpce stojących na barze. Decyduję się na ten bardziej czerwony, ostry.

thai viet ajgonkiUwielbiam sajgonki, jadłem je już w wielu miejscach, ale tak dobrych – jeszcze nigdzie. Chrupiące, z naprawdę niespotykanie dużą porcją mocno przyprawionego mięsa i grzybków mun w środku, doskonale zgrały się z palącym w przełyku sosikiem i świeżą surówką. Pochłonąłem je w sprinterskim tempie, i gdyby nie fakt, że zamówiłem jeszcze inne dania, domówiłbym kolejną porcję sajgonek. Genialne!

Cóż jednak, pora zjeść kolejne danie, które zostało podane zanim jeszcze skończyłem jeść przystawkę. Tak więc obawy o długi czas oczekiwania można odłożyć między bajki.

thai viet kurczak w cieście

Kurczak w cieście, danie jakże banalne, a zarazem smaczne. Próbuję tej pozycji w menu właściwie w każdym „”chińczyku”. Porcja jest spora, choć nie tak duża jak w Mai-Lan. Numer 20 z karty podany jest – podobnie jak sajgonki – z surówką z białej kapusty oraz ryżem. Dokładam do tego ponownie ostry sosik i… odpływam.

Pyszne, chrupiące ciasto, delikatny i idealnie usmażony, a nie przesmażony kurczak, no i ta świetna surówka. Dobre jedzenie, za niewielkie pieniądze.

Jak tu coś jeszcze w siebie wcisnąć po takich dwóch daniach? Jakoś trzeba, więc otrzymujemy kolejną porcję tym razem Kurczak z trawą cytrynową na ostro, standardowo, z ryżem i surówką.

thai viet kurczak z trawą

To danie podeszło mi najmniej, głównie przez ogromną ilość sosu rybnego, którym doprawiony był kurczak. Danie w sumie dość przewidywalne, z sosem o podobnie konsystencji do większości tego typu pozycji. Kurczak obtoczony w sezamie, z dodatkiem, papryki, kiełków i chili. Prosiłem o bardzo ostre danie, i je otrzymałem. Moja odporność na ostrość jest naprawdę spora, ale przy jedzeniu tego kurczaka musiałem kilka razy sięgnąć po wodę.

Pokrojony w paski kurczak był dobrze wysmażony, ostry, a przez potrawę, po przebiciu się przez nielubiany przeze mnie sos rybny, przewija się fajny, cytrynowy posmak. Nie zdołałem już zjeść całej porcji, tego byłoby za dużo.

Ogólnie, mimo tego sosu rybnego, kurczak jest smaczny, a „przedawkowanie” z sosem – mam nadzieję – jest tylko wpadką.

Przy kolejnej wizycie postaram się już skusić na kurczaka curry i Pad Thai, do czego przekonały mnie poprzednie dania. Widać, że kucharz ma pojęcie o tym co robi i przyrządza ciekawe potrawy. Sajgonki zdecydowanie przebijają wszystkie inne, które jadłem we Wrocławiu.

Z czystym sumieniem mogę polecić Thai-Viet, bo wielu lokali z tak dobrym azjatyckim jedzeniem we Wrocławiu raczej nie spotkacie.

 

Thai-Viet

ul. Sztabowa 78 A

facebook.com/BarRestauracjaThaiViet

Ha-Noi na dowóz, czyli szkoda kasy

Mając ochotę na coś do jedzenia w pracy, często decyduję się na chińszczyznę, choć wrocławskie bary zazwyczaj nie są wzorem do naśladowania w tej materii. Zazwyczaj dowożone jedzenie jest gumowe, nierzadko zimne. Postanowiłem dać jednak jeszcze jedną szansę „chińczykom” i zamówiłem coś z restauracji Ha-Noi, mieszczącej się na ulicy Bujwida. Ha-Noi to w sumie już mała sieciówka, posiadająca 14 knajpek na całym Dolnym Śląska, w tym trzy we Wrocławiu.

Po zerknięciu na menu, mój pierwszy wzrok powędrował w stronę ukochanych sajgonek. Przy tej pozycji spotkało mnie pozytywne zaskoczenie, ponieważ za trzy sztuki sajgonek z mięsem musimy zapłacić ledwie 5 zł.

Różnorodność karty jest właściwie tradycyjna dla wszystkich azjatyckich knajpek, możemy zamówić zarówno dania z drobiu, wołowiny, wieprzowiny, kilka zup, oczywiście owoce morza i jeszcze kilka innych rzeczy. Postanowiłem postawić na coś, co niezwykle ciężko zepsuć, czyli kurczaka w cieście sezamowym za 14 zł, więc kolejny raz nie wypada być rozczarowanym ceną.

Dowóz na terenie Wrocławia to wydatek 4 zł, a dwa sosiki kosztują mnie dodatkowo 1 zł. Miła telefoniczna obsługa zapewnia, że na dostarczenie jedzenia wystarczy 30 min, i faktycznie – po 25 minutach dwa styropianowe pudełka lądują przede mną.

Zabieramy się za sajgonki. Poza ceną, zadowolenie na ustach wywołuje fakt, że są chrupiące, dosmażone, sporej wielkości i naprawdę smaczne. Nadzienie składające się z warzyw i mięsa wieprzowego jest mięciutki i aromatyczne, a ich chrupkość zaprzecza ogólnej opinii, mówiącej, że sajgonki na wynos są zazwyczaj miękkie i nie do zjedzenia. Spory plus.

hanoi 2

 

Drugie danie zaskakuje od samego początku. Mimo że zamówiłem jedzenie na dowóz, nikt z obsługi nie wpadł na pomysł, aby do zestawu spakować sztućce. Jeszcze większym szokiem, połączonym z niedowierzaniem jest obecność frytek w moim daniu. Pal licho, że zamawiałem kurczaka z ryżem, każdy może się pomylić, ale frytki?!?!?! Pierwszy raz spotkałem się z chińskim daniem w zestawie z frytkami…

No nic, próbujemy. Wspomniane wyżej feralne frytki są nie do przyjęcia. Miękkie, niedosmażone i niedosolone, dramat. Surówka z białej kapusty smakuje, jakby została przygotowana już dobry tydzień temu. Kwaśna, bez żadnej ostrości. Lepiej sobie odpuścić tę pozycję w menu.

Najsilniejszym punktem – po sajgonkach – jest kurczak w cieście sezamowym. Kurczak w chrupiącym cieście, którego porcja jest bardzo duża,  mógłby być nieco bardziej doprawiony, ale smakuje poprawnie. W połączeniu ze słodkim sosem stanowi całkiem dobre danie. Gorzej jest jeśli chodzi o drugi dołączony sosik – ostry. Faktycznie, jest wręcz palący, ale niejadalny przez ilość sosu sojowego, który został zmieszany z ostrą pastą z chili. Jeśli próbowaliście kiedyś wypić sam sos sojowy, to powinniście wiedzieć jak smakuje ten dodatek.

hanoi 1

 

Za całość, z dodatkami, opakowaniem i dojazdem zapłaciłem 25 zł. Może nie najwięcej, ale za brak sztućców, frytki w azjatyckim daniu, dramatyczną surówkę i fatalny sos, należy się bardzo niska ocena, pomimo naprawdę dobrych sajgonek i przyzwoitego kurczaka. Przy kolejnej okazji wybiorę inną chińską knajpkę, oferującą jedzenie na dowóz.

 

Restauracja orientalna Ha-Noi

ul. Bujwida 20

www.ha-noi.com.pl