surówka z białej kapusty

Thai-Viet, czyli chcemy więcej takich azjatyckich barów

Uwielbiamy jeść we wszelkiego rodzaju azjatyckich budkach, barach, restauracjach, stąd na blogu tak duża liczba relacji z tych miejsc. Może i zazwyczaj nikt przesadnie nie dba w nich o utrzymanie czystości i zapewnienie wygodnych warunków, ale w większości przypadków jedzenie nadrabia wszystkie braki. W Thai-Viet, ale na ul. Sztabowej już jedliśmy i byliśmy bardzo zadowoleni. Tym razem trafiliśmy na drugi bar tych samych właścicieli, tyle ze na ul. Henryka Pobożnego na Śródmieściu.

thai 3

Lokal jest mniejszy od tego na Krzykach, ale sprawia o wiele korzystniejsze wrażenie. Jest naprawdę czysto, właścicielka sprząta każdy stolik zaraz po wyjściu gości, a już naprawdę fajnie wygląda obsługa. Co prawda pani, która obsługuje nie do końca rozumie chyba po polsku, ale jest cały czas uśmiechnięta i z chęcią doradza co warto zamówić. Bardzo przyjemne pierwsze wrażenie. W jeszcze lepszy nastrój wprowadza nas menu, a właściwie ceny w nim zawarte.

thai 1 thai 2

 

Sajgonki na Sztabowej były najlepszymi, jakie dotychczas jedliśmy, więc zamawiamy je także tutaj. Bez surówki kosztują 5 zł, czyli bardzo uczciwie. Do tego domawiamy makaron z kurczakiem za 13 zł oraz żółte curry z kurczakiem za 16 zł.

Siadamy, a po niespełna pięciu minutach otrzymujemy trzy skwierczące jeszcze sajgonki.

thai 9

Standardowo na barze stoją dwa sosy – ostry i łagodny. Sajgonki polewamy ostrym, który jednak jak dla nas mógłby być jeszcze ostrzejszy.

thai 7

Sajgonki, podobnie jak w drugim barze Thai-Viet, stanowią bardzo mocną pozycję menu. Są chrupiące, ze sporą ilością mięsa i warzyw, a do tego nieźle doprawione. Dodatkowego charakteru nadaje im podkręcający smaki sos. Jeśli na sajgonki, to na pewno do Thai-Viet.

Ledwo uporaliśmy się z wcale nie małą porcją sajgonek, a już na stole wylądowały dania główne. Na pierwszy ogień – makaron po chińsku z kurczakiem.

thai 8Pierwsze co rzuciło się nam w oczy, to fakt, że w tym makaronie najmniej jest… makaronu. Co wcale nie jest problemem, ponieważ w zamian otrzymaliśmy naprawdę sporą porcję pokrojonego w paski kurczaka z dodatkiem warzyw, które zdecydowanie były świeże. Makaron miał zostać specjalnie na nasze zamówienie doprawiony do opcji bardzo ostrej, i faktycznie taki był.

Kurczak wysmażony w punkt, nie za suchy, lekko soczysty, dobrze komponował się delikatnymi warzywami, czyli głównie cebulą i papryką czerwoną oraz grzybami mun. Porcja jest spora, wzbogacona dodatkowo o naszą ulubioną surówkę z białej kapusty, która swoją słodkością doskonale równoważyła ostre smaki makaronu z kurczakiem.

Po makaronie przyszła pora na danie, o którego jakość obawialiśmy się najbardziej. Od jakiegoś roku zakochaliśmy się w curry i gdyby była taka szansa, jedlibyśmy je codziennie. Z tym większymi obawami podeszliśmy to tego zamówienia, bojąc się jak smakować będzie curry z kurczakiem w tym niepozornym barze.

thai 4 thai 5 thai 6

Kiedy tylko curry pojawiło się na stoliku, obawy odleciały gdzieś daleko. Po samym zapachu można było stwierdzić, że to będzie coś dobrego. Po całym stoliku roznosił się wyraźny aromat mleczka kokosowego, użytego do wykonania dania. To było takie curry z kurczakiem jak lubimy. Gęste, bez zbędnych dodatków, jedynie kurczak, cebula, papryka i cukinia, a wszystko pokrojone w podobnej wielkości kawałki. Curry smakowało wybornie, kurczak był mięciutki i przeszedł smakiem sosu. Na talerzyku obok dostaliśmy porcję ryżu i surówkę z białej kapusty. Musimy przyznać, że było to jedno z najlepszych curry z kurczakiem, jakie mieliśmy okazję jeść w życiu. Porcja ponownie okazała się ogromna, ciężka do przejedzenia dla jednej osoby.

Wyszliśmy z Thai-Viet bardzo zadowoleni, zawartość naszego portfela nie została zbyt mocno uszczuplona, a smak doskonałego curry na długo utrzymywał się w ustach. Obsługa w lokalu jest miła, działa niezwykle sprawnie i co najważniejsze – podaje bardzo dobre jedzenie. Thai-Viet, zarówno to przy ul. Sztabowej, jak i przy ul. Pobożnego spokojnie można zapisać na swojej liście miejsc do odwiedzenia.

Thai-Viet

ul. Henryka Pobożnego 8/1

facebook.com/BarRestauracjaThaiViet

 

Reklamy

Remont, czyli studentów też powinno się szanować

Odkąd pamiętam, okolice Placu Grunwaldzkiego kojarzyły mi się z studentami, studenckimi klubikami, tanimi barami i kebabami. W ostatnich czasach coś ruszyło w kierunku polepszenia jakości oferowanych w tym rejonie usług gastronomicznych, chociaż dalej w większości lokali panuje chyba przekonanie, że student zbyt wiele nie wymaga, więc można mu podać byle co, byle jak, oby tylko było tanio i dużo, a najlepiej z niedrogim piwem. O barze Remont usłyszałem stosunkowo niedawno, podczas dyskusji na naszym facebookowym fanpage’u. Opinie były dość zróżnicowane, więc postanowiłem na chwilę cofnąć się o kilka dobrych lat, wracając do studenckich klimatów.

remont 2 remont 9

Remont znajduje się na grunwaldzkim Manhattanie, wygląda dość surowo, ale jest sporo miejsca, całkiem nieźle zaopatrzony bar, no i istnieje szansa na zjedzenie czegoś w przystępnej cenie. Karta jest dość obszerna, zamówić możemy zarówno pizzę, jedno z kilku dań głównych, zupy i dania mączne.

Remont 1

Tutaj możecie spojrzeć na całe menu. W lokalu zjawiłem się dwukrotnie i, jeśli chodzi o obsługę, to raz byłem w niebie, drugi raz w piekle. Za pierwszym razem z chęcią zostawiłem napiwek, za drugim powinienem domagać się zwrotu pieniędzy.

W obu przypadkach w Remoncie byłem w porze obiadowej, ale ruch nie był wybitnie duży, powiedziałbym wręcz, że niewielki. Pierwszym razem przyszedłem, zasiadłem na miękkiej kanapie, a po kilku sekundach doskoczyła do mnie kelnerka, proponując od raz zupę dnia, którą była ogórkowa w cenie 5 zł. Zdecydowałem się na nią, a do tego domówiłem makaron Penne z kurczakiem w sosie śmietanowym za 15 zł. Obsługą byłem zaskoczony bardzo pozytywnie, zwłaszcza kiedy po 2-3 minutach moim oczom ukazał się nieźle pachnący talerz z zupą.

remont 3

Ogórkowa była pyszna, z mnóstwem warzyw, bardzo aromatyczna. Po prostu domowa. Porcja tak dobrej zupy za pięć złotych to skarb, nie tylko dla studentów. Do tego momentu byłem pod wrażeniem, i to niemałym. Po drugim daniu pojawiła się jednak pierwsza rysa na wizerunku lokalu.

remont 4 remont 5 remont 6Co tu dużo pisać, makaron z podsmażonym kurczakiem, zalany niedoprawioną śmietaną z dodatkiem pietruszki i – dosłownie – dwóch kawałków żółtej papryki. Całość smakowała tak, jak smakować może niedoprawiony, suchy makaron z piersią z kurczaka, czyli nie smakuje. Owszem, porcja jest spora, można się nią spokojnie zapchać na cały dzień, ale drugi raz 15 zł na to danie na pewno nie wydam. Gdyby jeszcze sos był bardziej gęsty, mogłoby nie być aż takiego dramatu, ale niestety, całość spłynęła na dno talerza.

Po pierwszym razie miałem mieszane uczucia, ale w pamięci pozostała pyszna zupa ogórkowa, która sprawiła, że wybrałem się raz jeszcze.

Niestety, druga wizyta okazała się klapą w całej okazałości. Przyszedłem o podobnej porze jak ostatnio, zasiadłem i czekałem. I czekałem, i czekałem. 5 minut, 10 minut, 15 i nic. Żadna z kelnerek, chociaż na zmianie były dwie, nie pokusiła się o podejście i zapytanie czy może chciałbym coś zamówić. Pewnie dlatego, że prowadziły bardzo ożywioną dyskusję z kucharzem. Ruszyłem więc do baru, podpytać czy obowiązuje samoobsługa, bo nigdzie nic na ten temat nie jest napisane, a ostatnio zostałem obsłużony wzorowo. W odpowiedzi usłyszałem, że dzisiaj zamówienia przyjmowane są przy barze, nie wiadomo dlaczego. Chciałem zamówić żurek, niestety okazało się, że go nie. Zrezygnowałem więc z zupy, prosząc o fileta z kurczaka w panierce, z kluskami śląskimi oraz surówkami. Grzecznie poprosiłem, aby na moim talerzu wylądowała surówka z białej kapusty lub marchewka, co sprawiło bardzo duży problem, ponieważ kelnerka nie wiedziała czy może zamienić standardowy bukiet surówek na jedną z nich. Po konsultacjach z kucharzem wyszło na to, że ogólnie jest taka możliwość, ale nie dzisiaj, ponieważ marchewki nie ma, a kapusta jest… nieświeża. Zapytałem więc, co wchodzi w skład bukietu surówek, na co mocno poirytowana pani odpowiedziała, że… nie wie. Udała się więc na ponowną konsultację z kucharzem, po czym poinformowała, że: „to co jest akurat na kuchni”… Z ciekawości więc poprosiłem o tę niespodziankę, jednocześnie licząc się ze stratą 3,50 zł.

Jako że zajęte były może dwa inne stoliki, spodziewałem się szybkiego podania. Nic bardziej mylnego, moje dania trafiły do mnie po dobrych 25 minutach.

remont 7

Moją uwagę przykuł głównie bukiet surówek. Buraczki, ogórki konserwowe i czerwona kapusta, jak leci, wszystko w komplecie ze słoików. Wybaczcie, ale o walorach smakowych nie będę pisał. Spróbowałem tylko i odłożyłem na bok.

remont 8

Pięknie przystrojone danie, nieprawdaż? Pierś spora, ale usmażona w frytkownicy, co raczej nijak się ma do informacji z fanpage’a Remontu: „Tradycyjna kuchnia polska”. Jeśli myślę o tradycyjnie polskiej panierowanej piersi z kurczaka, to na pewno nie przychodzi mi do głowy danie z frytkownicy. Danie mogło smakować tak, jak smakują dania z frytkownicy, ale na pewno nie było w tym wszystkim czuć kurczaka. Gdzieś przewijały się aromaty smażonych wcześniej frytek i camemberta, tragedia. Jeszcze większym hitem okazały się kluski śląskie, wcześniej zamrożone i podgrzane w mikrofali. Niestety, ktoś nastawił chyba zły program, bo w środku były jeszcze twarde i ogólnie gumowe. Za tej wątpliwej jakości jedzenie zapłaciłem 16,50 zł.

Będąc pracownikiem Remontu wstydziłbym się podawać klientom takie dania. Zupa ogórkowa zamazała na początku fatalny obraz tego miejsca, ale szybko okazało się, że w tym lokalu ludzi się zwyczajnie nie szanuje. Jeśli nawet to typowo studencka knajpka, to wypada swojego potencjalnego klienta szanować. Czasy się zmieniły, student też wymaga odpowiedniej jakości jedzenia. Tanie czeskie piwo to chyba jedyna rzecz, która może zachęcić do przyjścia do Remontu, bo jedzenie zdecydowanie odradzam.

Bar Remont

Pl. Grunwaldzki

facebook.com/Bar.Remont

 

 

Kebab King, czyli taki kebab lubimy

Pomimo że Wrocław jest sporym miastem, o dużej różnorodności kulinarnej, znaleźć w nim dobrego kebaba wydaje się być nie lada wyczynem. Wcześniej próbowałem dań w Le Gyros, gdzie jedzenie na wynos okazało się totalną porażką, oraz w innej sieciówce, czyli w Sevi Kebab, które okazało się lepszym wyborem, ale także nie rzucającym na kolana.

Tym razem na tapetę wziąłem jeszcze inną sieć, która jednak we Wrocławiu jest stosunkowo niedługo. O Kebab King słyszałem sporo pozytywnych opinii, ale jakoś nigdy nie po drodze było mi wstąpić do lokalu na ul. Świdnickiej, ponieważ ze względu na problemy z zaparkowaniem raczej jak ognia unikam okolic Rynku w ciągu dnia. Idealna okazja nadarzyła się jednak, kiedy postanowiłem zamówić jedzenie do pracy, a Kebab King oferuje dowóz właściwie w całym mieście.

Menu jest bardzo obszerne, właściwie niespotykane w innych lokalach. W ofercie znajdziemy zarówno dania na talerzu, jak i kanapki w chlebku oraz potrawy z grilla, a także sałatki, dania wegetariańskie i zupę z soczewicy. Co prawda nie mamy szansy zjeść baraniny, ale wybierać możemy spośród wołowiny i kurczaka, albo łączyć oba rodzaje mięsa.

Pierwszym razem – bo jak się okazało, był także drugi – zachciało mi się spróbować obu mięs, więc wybrałem Talerz kebab mieszany, czyli grillowane mięso z kurczaka, wołowiny i cielęciny, surówka, sos. Dodatki w zestawie. Zamówienie składam telefonicznie, a dogadanie się do najłatwiejszych nie należy, ponieważ  – podobnie jak na kuchni – pracują tam rodowici Turkowie. Cena zestawu – 21 zł plus 5 zł za dostawę. Czas oczekiwania – około godzinę, ale szczelnie zapakowana paczuszka przyjeżdża nawet szybciej.

kebab king 1 kebab king 4

Co tu dużo mówić, już po przejęciu opakowania z jedzeniem od dostawcy, przeczuwałem, że w środku znajduje się coś naprawdę sporego. Porcja okazała się ogromna, a jej zdecydowaną większość stanowiło mięso, a frytki z surówkami jedynie, jak sama nazwa wskazuje, dodatek. Do porcji zostały dołączone trzy sosy: łagodny, pikantny i czosnkowy.

kebab king 3 kebab king 5 kebab king 6

Na samo wspomnienie o mięsie cieknie mi ślinka. Zarówno kurczak, jak i wołowina z cielęciną okazały się idealnie soczyste, momentami delikatnie chrupiące, ale niewysuszone, jak to często zdarza się w kebabach. Całość jest świetnie doprawiona, no i niesamowicie sycąca. Może nie zjadłem zębów na wrocławskich kebabach, ale lepszego w naszym mieście jeszcze nie jadłem. Świetną robotę wykonują także sosy, zwłaszcza ten najostrzejszy, który faktycznie może zadowolić każdego amatora ostrych smaków. Od surówek z białej kapusty i sałaty aż biła świeżość i, choć na pierwszy rzut oka mogły wydawać się za suche, stały się doskonałym uzupełnieniem dla pysznego mięsa. Najbardziej do gustu przypadła mi cieniutko ścięta wołowina.

Ten pierwszy raz spowodował, że kolejnego dnia nie musiałem specjalnie długo zastanawiać się na kierunkiem złożenia zamówienia. Wybór ponownie padł na Kebab King, raz jeszcze z dowozem, ale tym razem wzrok skierowałem ku kanapkom. Ostatecznie zamówiłem dwie – kebab z kurczaka i lawasz z wołowiną, obie pozycje za 12 zł. W zarówno jednym, jak i drugim przypadku poprosiłem o niedodawanie pomidora.

Oczekiwanie ponownie trwało poniżej godziny, a biorąc pod uwagę fakt, że zamówienie złożyłem w porze obiadowej, obsłudze należy się spory plus za szybkie działanie.

Na pierwszy ogień poszedł lawasz z wołowiną i sosem łagodnym.

kebab king 9

Biorę do ręki i… ponownie mogę spodziewać się, że w środku znajdę sporo dobrego. Wykonuję pierwszy gryz, delikatnie przebijam się przez lekko zgrillowane ciasto chlebka i dochodzę do mięsa. Tak samo dobrego mięsa wołowego, jak tego, które jadłem dzień wcześniej w zestawie.

kebab king 11 kebab king 12

Mięsa w środku jest bardzo dużo, właściwie to chlebek jest nim wypchany od góry do dołu, a jedynie pomiędzy jego kawałkami natrafiam na mniejsze fragmenty cebuli i sałaty. Całość została jeszcze polana delikatnym sosem jogurtowym, występującym w bardzo rozsądnej ilości, umożliwiającej zjedzenie całego dania do końca, bez przygód z rozmiękłym chlebkiem. Kolejna pyszna pozycja z menu Kebab King, brawo.

Po wciągnięciu takiej porcji, prawdę mówiąc nie za bardzo miałem jeszcze miejsce na zjedzenie czegokolwiek, ale aż głupio było nie spróbować na koniec kebaba z kurczakiem, którego uwielbiam w każdej postaci.

kebab king 7 kebab king 13

kebab ing 8

Chlebek był fajnie zgrillowany, chrupiący oraz, mimo dostawy, ciągle ciepły. Fajne jest także to, że nie jest to spotykana zazwyczaj w takich miejscach zwykła pszenna tortilla. Mięsa było jakby mniej niż w wersji wołowej, ale smak raz jeszcze podbił moje serce. Ostry sos oraz papryczki, o które dodatkowo poprosiłem, idealnie podbijały smak soczystego mięsa kurczaka, a biała kapusta stanowiła chrupiące i delikatne tło, lekko uśmierzając wspomnianą wcześniej ostrość.

Jeśli mam się pokusić o podsumowanie dań, których mogłem spróbować z menu Kebab King, to mogę powiedzieć tylko jedno – wszystkie mi smakowały, były spore, ale i wykonane z sercem, umiejętnie. Zdecydowanie wybijały się ponad oferowaną w większości we Wrocławiu przeciętność. Przy takiej jakości i ilości mięsa, ceny właściwie wydają się być śmiesznie niskie. Na pewno do Kebab King wrócę, z wielką chęcią zjem także w lokalu na Świdnickiej, który, co ciekawe, jest otwarty od 9 rano do 4.00, a w piątki i soboty, czyli wtedy, kiedy nocny Wrocław żyje, przyjmuje gości 24 godziny na dobę.

Kebab King

ul. Świdnicka 24/26

kebabking.biz

facebook.com/KebabKingKrolKebabow

Bazylia, czyli najbardziej przystępny multifood

Po trzech poprzednich punktach mojego rajdu po wrocławskich multifoodach mogłem czuć pewien niedosyt, ponieważ właściwie o żadnym z tych miejsc nie mógłbym powiedzieć, że cena oraz jakość jedzenia idą w parze. Czwartym miejscem tego typu, które postanowiłem odwiedzić okazała się umiejscowiona na Rynku, bardzo studencka Bazylia.

Pierwsza część – Multifood STP

Druga część – Cynamon Bar

Trzecia część – Kuchnia Marche Express

Bazylia, z racji dobrej lokalizacji oraz bliskości Uniwersytetu cieszy się od kilku lat sporą popularnością. Ostatni raz byłem w tym miejscu jakieś 4 lata temu, ale z tego co pamiętam z tamtych czasów, wiele się nie zmieniło. Wystrój jest mocno minimalistyczny, Bazylia właściwie wzorowana jest na studenckich stołówkach. Ułożone w rzędy stoły, „ikeowe” krzesła i wózek do wywożenia brudnych talerzy.

Pierwszym, ale bardzo pozytywnym zaskoczeniem jest cena. Niższa od pozostałych multifoodów. Za kilogram jedzenia w Bazylii zapłacimy 25,90 zł, czyli o 7 złotych mniej niż w STP, Cynamonie i Marche. Wybór dań jest większy niż w STP, ale już w Cynamonie i Marche mamy możliwość wybierania spośród większej ilości opcji.

bazylia 1 bazylia 2 bazylia 3 bazylia 4

Nie jest jednak źle. Od naszego smaku zależy czy zdecydujemy się na dania mączne, wegetariańskie, mięsa lub ryby. Starałem się nabrać różnorodnych potraw, żeby jak najrzetelniej ocenić jedzenie w Bazylii.

bazylia 6

Na pierwszy ogień idzie zupa kalafiorowa za całe 2,50 zł. Całkiem spora miska. Niestety, akurat zupa nie podeszła mi wcale. Z dużą pewnością mogę stwierdzić, że była ugotowana na sztucznych kostkach. W środku napotkamy sporo warzyw, ale jest tak słona, że ciężko ją zjeść. Na szczęście, im dalej, tym lepiej.

bazylia 5 bazylia 7

 

Zdecydowałem się zarówno na mięso, jak i dania mączne oraz surówki. Wybrałem kolejno:

pierogi ruskie, czyli danie będące niejako wyznacznikiem jakości wszelkiego rodzaju barów mlecznych oraz stołówek. W Bazylii ruskie są wyjątkowo smaczne, mocno doprawione. Ciasto jest nieco za grube, ale pieprzny i bardzo serowy farsz decyduje o tym, że pierogi są smaczne.

penne w sosie śmietanowo-brokułowym. Fajne danie, które spokojnie mógłbym zamówić jako osobne w każdej restauracji. Kremowy i gęsty sosik świetnie podkreśla lekko czosnkowy smak brokułów. Makaron, który nie jest przegotowany genialnie miesza się z sosem, tworząc pyszną potrawę.

placek ziemniaczany, ale nietypowy. Z dodatkiem grochu i papryki. Mięciutki wewnątrz i chrupiący na zewnątrz. Mocno warzywny i dobrze doprawiony.

kopytka z pietruszką. Fajny, domowy dodatek, urozmaicony dużą ilości pietruszki, której kopytka zawdzięczają lekko zielony kolor.

kurczak z warzywami. Jak dla mnie – absolutny hit. Nakładając to danie miałem pewne obiekcje, ale okazało się, że trafiłem w dziesiątkę. Paski z piersi kurczaka duszone z warzywami. Kurczak jest niezwykle aromatyczny, przesiąknięty smakami m.in. papryki.

kasza jaglana. Sypka kasza z dodatkiem dużej ilości papryki w proszku. Bardzo dobre uzupełnienie mięsnych dań.

surówka z białej kapusty. Chrupiąca i z mnóstwem świeżej, zielonej pietruszki, świetna.

skrzydełko BBQ. Upieczone skrzydełko z delikatnym mięsem i przypieczoną skórką. Marynata BBQ daje ciekawy, słodki smak, aczkolwiek jak dla mnie, brakuje nieco ostrości.

Za ważącą 0,488 g całość zapłaciłem 12,64 zł plus 2,50 za zupę, w sumie 15,14 zł. Uważam, że cena za wybraną ilość jedzenia oraz jego jakość jest uczciwa. Mój portfel nie został uszczuplony aż tak bardzo jak w poprzednich, droższych multifoodach, a wyszedłem zadowolony. O niskiej cenie za kilogram decyduje głównie nastawienie na studentów z pobliskiego Uniwersytetu oraz rywalizacja z odległym o kilkadziesiąt metrów „Misiem”.

W Bazylii, mimo że zapłaciłem najmniej, wcale nie zjadłem najgorzej. Wręcz przeciwnie, dania są smaczne, mają swoje wyraziste smaki i, co ważne – nie są zimne, kiedy zaczynamy jeść. Potrawy nie zdążą wystygnąć, ponieważ kolejka idzie dość sprawnie, ale biorę oczywiście poprawkę na to, że nie byłem w Bazylii podczas największego natężenia studentów.

Na plus dla Bazylii przemawia duża różnorodność potraw mięsnych oraz surówek. Trzeba powiedzieć sobie jasno – Bazylia – jak każdy inny multifood – jest typową jadłodajnią z dużym przerobem, słabszymi oraz mocniejszymi punktami. Jeśli potrzebujecie zjeść coś na szybko, a jesteście w pobliżu Rynku lub jesteście studentami, warto zajrzeć do tego miejsca, które bije na głowę choćby mieszczące się na tej samej ulicy STP, gdzie jedzenie zazwyczaj jest gumowe i nasiąknięte tłuszczem.

Bar Bazylia

ul. Kuźnicza 42

www.bazyliabar.pl

facebook.com/Bazylia

Kuchnia Marche express, czyli przyzwoicie, ale nierówno

Jak powiedziałem, tak zrobiłem. Zorganizowałem sobie ostatnio rajd po wrocławskich restauracjach multifood, i po sprawdzeniu STP oraz Cynamonu przyszła kolej na Kuchnię Marche. Jednak nie tą popularniejszą – przy ul. Świdnickiej, a jej drugie wcielenie, czyli Marche Express, która od dłuższego czasu znajduje się na samym dole w Galerii Dominikańskiej.

Pierwsza część – Multifood STP

Druga część – Cynamon Bar

339005267897

Marche to marka, która na wrocławskim rynku obecna jest już od 1998 roku, a jej sztandarowym lokalem jest restauracja Marche przy ul. Świdnickiej, będąca pierwszym wrocławskim multifoodem. Poza tym, pod marką Marche kryją się także dobrze znane w stolicy Dolnego Śląska sieciowe kebaby Sevi Kebab oraz kolejny multifood, bardziej studencki – Bazylia. Ja wybrałem się akurat do najnowszego pomysłu właścicieli, czyli Marche Express, który ma podbijać galerie handlowe.

Oferta cenowa jest identyczna jak w poprzednich dwóch sprawdzanych przeze mnie restauracjach. 32,89 zł za kilogram jedzenia. Nakładamy tyle ile chcemy i co chcemy, a wybór jest spory.

Marche 1 Marche 3 Marche 4 Marche 5

Do wyboru mamy zarówno dania kuchni polskiej, jak i tureckiej czy azjatyckiej oraz sporo świeżych warzyw sezonowych i codziennie dwie zupy. Właśnie od zupki rozpoczynam wybieranie potraw. Do wyboru mamy krem z kurek z grzankami za 6 zł i barszcz czerwony za 4,20. Decyduję się na ten drugi, niezwykle aromatyczny.

Marche 6

Za 4,20 zł otrzymujemy spory talerz przepysznej zupki, z dużą ilością buraków. Barszcz jest genialnie przyprawiony, na ostro z dodatkiem sporej ilości majeranku. Totalnie domowe danie, świetne.

Marche 7

Na drugie danie wybieram kilka rzeczy, żeby móc ocenić całościowo jakość jedzenia w Marche. Decyduję się na:

pierogi ruskie, tradycyjnie. Typowe kupne pierogi, jakie możemy spotkać w każdym markecie na wagę. Niedoprawione, z dużą przewagą ziemniaków nad serem.

placek ziemniaczany. Fajny, bardzo czosnkowy smak z dodatkiem dużej ilości cebulki. Co ważne – chrupiący, a nie nasiąknięty tłuszczem.

kasza po turecku. Tak zostało podpisane to danie. Jak dla mnie – doskonała. Lekko ostra, z dodatkiem dużej ilości papryki w proszku. Mięciutka kasza jaglana, doskonała jako dodatek do mięsa.

kurczak po chińsku. Kawałki piersi kurczaka w słodkim sosie z warzywami. Przyznam, że rzadko zdarzało mi się jeść tak dobrą azjatycką potrawę w chińskich barach.

panierowana polędwiczka drobiowa. Coś na kształt stripsów z KFC. Panierka i owszem, chrupiąca i lekko ostra, ale samo mięso totalnie niedoprawione. W połączeniu z kaszą po turecku ok, ale w pojedynkę nieco za mdła.

kluski śląskie. Mocny punkt. Świeżutkie, miękkie i po prostu – jak domowe.

surówka z białej kapusty. Także bardzo smaczna, słodka, z dużą ilością oliwy i chrupiąca ze świeżej kapusty.

BÓB. Przeżyłem lekki szok widząc w jednym z bemarów bób, ale był to szok pozytywny. Uwielbiam bób pod każdą postacią, a już taki z bułką tartą, ubóstwiam. Wielki plus za taki dodatek.

fasolka szparagowa. Podawana także z dużą ilością bułki tartej, nieco za bardzo nasiąknięta tłuszczem i niedogotowana.

Za drugie danie zapłaciłem 19,90 zł (605 g) plus 4,20 za zupę. Kolejny raz uważam, że cena jest za wysoka jak na dania, które są gotowe i leżą czasami kilkadziesiąt minut aż znajdzie się na nie nabywca. Ogólnie jednak Marche oceniam pozytywnie, bo jedzenie było dobrze doprawione i smaczne, aczkolwiek niewybaczalne są dla mnie tak słabej jakości pierogi ruskie. Wybór dań, dodatków i sałatek jest duży, o wiele większy niż w STP. Tym razem wybrałem akurat takie dania, chociaż chciałoby się spróbować wszystkiego. Niestety takiej możliwości nie ma, chyba że chcemy zapłacić za obiad 60 zł. Dawno nie byłem w Marche na Świdnickiej, ale o ile dobrze pamiętam, tamtejsze jedzenie było bardzo smaczne. Marche Express to nieco niższa półka, ale jeśli lubicie mieszać smaki i próbować kilka potraw na raz, polecam się tam wybrać.

W kolejnych odcinkach naszego małego przewodnika po wrocławskich multifoodach zdamy wam relację z restauracji Smaki Azji w Galerii Dominikańskiej oraz wybierzemy się do Bazylii przy Uniwersytecie.

Kuchnia Marche Express

Galeria Dominikańska

facebook.com/expresskuchniamarche

 

Cynamon, czyli multifood na poziomie

Obiecałem wam krótka serię o restauracjach typu multifood we Wrocławiu, więc dotrzymuję słowa i dzisiaj zapraszam na jej drugą część, czyli wizytę w Barze Cynamon, znajdującym się w budynku Grunwaldzki Center.

Pierwsza część – Multifood STP

Pierwsze co rzuca się w oczy, to zdecydowanie większy wybór, niż w Multifood STP. W ogóle wydaje się być jakoś czyściej, po prostu normalniej. Kucharze przygotowują potrawy właściwie na naszych oczach, co chwilę dorzucając kolejne dania, których jest naprawdę sporo.

Cynamon 2 Cynamon 3 Cynamon 6 Cynamon 7 Cynamon 8

 

Podobnie jak w STP, w Cynamonie zjawiłem się w momencie największego obłożenia, podczas pory obiadowej. I faktycznie, klientów jest multum, oczekiwanie w kolejce mocno się wydłuża, przez co niektóre dania już po zapłaceniu nie są najcieplejsze. Ten element w Cynamonie jest zdecydowanie do poprawy. Myślę, że w okresach takiego obłożenia, wystarczyłoby uruchomić trzy kasy zamiast jednej.

Co wybrałem tym razem?

Cynamon 4

Zupa pomidorowa z ryżem za 3,50 zł. Kwaskowa, dobrze doprawiona, z dużą ilością pietruszki. Bardzo dobra, w świetnej cenie, no i spora porcja.

Cynamon 1

Tym razem także zdecydowałem się na dania bardziej jarskie, bez mięsa. Z mięsnych potraw do wyboru były m.in. pałki z kurczaka, polędwiczki z kurczaka w panierce i lasagne. Wybrałem jednak co innego, akurat to, na co miałem ochotę.

krokiet z pieczarkami i serem. Świetny, świeżutki, z doskonale rozpływającym się żółtym serem i aromatycznymi, dobrze doprawionymi pieczarkami. Farszu nie było za dużo, dobrze trzymał się w chrupiącym naleśniku.

pierogi ruskie. Nie wierzyłem, że w takim miejscu pierogi mogą być smaczne – a jednak. Mocno pieprzne, nie jedynie ziemniaczane, a z wyczuwalnym białym serem, do tego okraszone chrupiącą zeszkloną cebulką. Nie genialne, ale naprawdę dobre.

placek ziemniaczany. Niestety, po dłuższym oczekiwaniu w kolejce, okazał się zimny. Na całe szczęście – w przeciwieństwie do STP – był to prawdziwy placek ziemniaczany, z dużą ilością cebulki i mocno czosnkowy.

carbonara z makaronem cellentani. Zdecydowanie najmocniejszy punkt Cynamonu z tych, które miałem okazję spróbować. Co prawda, podobnie jak placki, nieco wystygł, ale makaron był genialny. Kremowy sosik z posmakiem cebulki i boczku – świetny. Mogłem tylko żałować, że nie nałożyłem więcej.

kluski śląskie. Mięciutkie i delikatne, choć jakby gotowane w nieposolonej wodzie.

Cynamon 5

surówka z białej kapusty. Przede wszystkim świeża, lekko słodkawa, po prostu smaczna.

Na koniec najfajniejszy punkt multifoodów, które nie mają stałego menu, a w dużej mierze – przynajmniej jako dodatki – stosowane są warzywa sezonowe. Ja akurat trafiłem na moje ulubione: fasolkę szparagową i kalafior, obtoczone oczywiście w bułce tartej. Smakują wyśmienicie, widać, że cieszą się sporą popularnością, ponieważ były co chwilę dokładane.

Mimo że nie zaprezentowałem wam żadnego dania mięsnego, Cynamon zrobił na mnie dobre wrażenie, zdecydowanie lepsze niż STP. Wydaje się, że kucharze podchodzą tutaj do swoich obowiązków rzetelniej, i przykładają się do przygotowywania potraw oraz ich doprawiania. Właśnie, dania w Cynamonie mają smak, nie każda potrawa smakuje tak samo, czego nie można powiedzieć o STP. Jedzenie nie jest też nasiąknięte tłuszczem.

Ile kosztuje kilogram jedzenia? Dokładnie 32,89 zł, czyli właściwie tyle samo co w każdym innym multifoodzie. Zupa to dodatkowe 3,50 zł.  Za wybrane przeze mnie dania zapłaciłem 17,63 zł (0,536 kg) plus za zupę. Podobne pieniądze jak w STP, ale zdecydowanie lepiej wydane. Choć i tak wydaje mi się, że ceny są zbyt wysokie, ponieważ w tej samej cenie można zjeść o wiele fajniejszy obiad w wielu miejscach, który będzie przygotowany dopiero po złożeniu przez nas zamówienia.

W kolejnych dniach zapraszam na relację z multifoodu Kuchni Marche Express oraz Smaków Azji.

Cynamon Bar

pl. Grunwaldzki 23-27
(wejście od ul.Norwida)

www.cynamonbar.pl

 

Le Gyros, czyli wyrobom kurczakopodobnym mówimy stanowcze NIE

Kiedy nie mam czasu wyskoczyć z pracy nawet na chwilę, żeby coś zjeść, decyduję się w ostateczności na zamówienie czegoś z dowozem. Niestety, mieszkając we Wrocławiu dysponujemy ograniczonym wyborem, ponieważ większość jedzenia w opcji z dostawą do pracy/mieszkania, jest zwyczajnie bardzo niskich lotów. Przekonałem się o tym kolejny raz, zamawiając coś, co w menu Le Gyros nosiło nazwę Gyros drobiowy.

Zdecydowałem się na Le Gyros ze względu na bliskość lokalu przy ul. Jaracza. Le Gyros posiada trzy miejscówki we Wrocławiu, poza wspomnianą, także na ulicy Igielnej i Sądowej. W menu znajdziemy zarówno pizzę, gyrosa oraz dania kuchni polskiej z pierogami na czele. Miałem ochotę na jakieś mięsko, więc jako się rzekło – wybieram gyros drobiowy z frytkami i surówką oraz sosem czosnkowym w cenie 20,99 zł za cały zestaw plus 5 zł za dowóz. Dzwonię, zamawiam i otrzymuję informację o ok. 40 minutach oczekiwania.

Po około pół godzinie przyjeżdża moje zamówienie.

20140517_133947

 

Surówka miała być z białej kapusty, jest jednak i biała i czerwona, za którą specjalnie nie przepadam. Całość spakowana jest w standardowy pojemnik styropianowy, natomiast sosik nalany osobno do mniejszego.

Na pierwszy rzut oka coś mi nie pasowało, ale postanowiłem spróbować. Po premierowym gryzie już wiedziałem co jest nie tak – pokrojony drobno kurczak jest wysuszony, a momentami spalony, z potwornie twardą skórką, której nie da się w żaden sposób przegryźć. W porcji widocznej na zdjęciu znalazło się ledwie kilka kawałeczków zdatnych do przełknięcia, niestety kompletnie bez smaku. Kurczak nie dość, że był wysuszony na wiór, to jeszcze ktoś chyba zapomniał użyć podstawowych przypraw. Próbowałem ratować sytuację sosem czosnkowym, ale zanim jeszcze to zrobiłem, odpuściłem sobie. Sos kupny, w smaku podobny do wszystkiego, tylko nie do czosnku.

20140517_133954

Miałem nadzieję, że chociaż frytki nieco zaspokoją mój głód. Niestety, one okazały się dramatem totalnym. Zbyt szybko wyjęte z frytkownicy, gumiaste i nieposolone. Efekt – 90% dania wylądowało w koszu na śmieci, ponieważ nie było możliwości zjedzenia do końca.

Jeśli za takie danie, razem z dowozem, trzeba zapłacić 25,99 zł, to ja dziękuję. W każdym dobrym barze mlecznym zjem za tę kwotę przez dwa dni, smacznie. Le Gyros okazał się totalną klapą, miejscem, w którym o klienta raczej niespecjalnie się dba. Podanie tego, co widzicie na zdjęciu, jest zwyczajnym brakiem szacunku do człowieka, który zamawia.

W tym miejscu więcej zamawiać nie będziemy, mimo że spróbowaliśmy zaledwie jednej pozycji z menu.

Le Gyros

ul. Jaracza 75 a

www.gyros-wroclaw.pl/

facebook.com/legyros.wroclaw

Bong Sen, czyli koszmarny wietnamski sen

Uwielbiam zwiedzać wszelkiego rodzaju knajpki z azjatyckim jedzeniem gdziekolwiek jestem. We Wrocławiu odwiedziłem już większość z nich, trafiając zarówno na te świetne, jak m.in Thai-Viet czy Mai Lan oraz fatalne, czyli Ha-NoiNauczyłem się nie przywiązywać zbyt wielkiej uwagi do wystroju, wyglądu i czystości panującej w tych miejscach, a zwracać uwagę głównie na jedzenie. Dawno jednak nie trafiłem na coś podobnego do tego, co spotkało mnie w niedawno powstałym barze Bong Sen przy ul. Poniatowskiego.

wietnamska 6

Z szyldu wita nas informacja o serwowanej w środku taniej i smacznej kuchni wietnamskiej, czyli znając życie, dokładnie takiej samej jak w 99% podobnych barów. Wchodzimy. Od progu poraża nas niesamowita pustka. Klientów dosłownie zero, a przybyłem w porze obiadowej. Panie kelnerki (dwie?!) niemal podskoczyły, kiedy wszedłem, jakby zaskoczone, że w ogóle ktokolwiek zdecydował się na zjedzenie w ich lokalu. W środku panuje nieprawdopodobny półmrok, wręcz ciemności z delikatną czerwonawą poświatą, więc wybaczcie mi jakoś zdjęć, ale lepszych nie udało się wykonać.

Karta, jak to karta w „chińczykach”, obszerna. Jak nazwa wskazuje, Bong Sen to bar wietnamski, ale oferujący nam m.in. kurczaka po tajlandzku czy wołowinę po chińsku.

wietnamska 1 wietnamska 2

Panie obsługujące salę chyba nie za bardzo mogły się zdecydować na to, która ma do mnie podejść, więc nie podeszła ani jedna, a zamówienie złożyłem osobiście przy barze. Z tym jednak też nie było za łatwo. Chcąc zamówić zupę pekińską, otrzymałem informację od kelnerki, że nie warto, bo jest niesmaczna. Zaufałem więc jej, wybierając krabową w cenie 5 zł. Kolejnym zdarzeniem żywcem wziętym z filmów Barei była sytuacja, kiedy pytając o to, jak wygląda danie pt. Kurczak orientalny, w odpowiedzi usłyszałem, że „to jakaś taka papka”

Postanowiłem więc wziąć coś najbezpieczniejszego, czego raczej nie da się zepsuć, kurczaka w cieście kokosowym za 13 zł oraz trzy sajgonki z surówką za 7 zł.

Zupę otrzymałem w tempie ekspresowym, zapewne po wcześniejszym odgrzaniu w mikrofali. Wyglądała tak.

wietnamczyk zupa

Oczywistym jest, że zupa krabowa w takich miejscach z krabami ma tyle wspólnego co nic, ale próbujemy. Jest niebywale gorąca i… słona. Tak słona, że ciężko ją jeść. Zupę otrzymujemy w niewielkiej miseczce, a smakuje właściwie jak rosół, z bardzo wyczuwalnym smakiem kurczaka, jedynie zagęszczony mąką ziemniaczaną i kawałkami paluszków surimi. Od takich specjałów należy trzymać się jak najdalej.

Po kilku minutach pani kelnerka, która chyba  w końcu zrozumiała, że do jej obowiązków należy obsługa klientów, przynosi sajgonki, najmocniejszy punkt tego obiadu, aczkolwiek nie idealny.

wietnamska 3

Trzy sporej wielkości sajgonki są chrupiące, ewidentnie usmażone na świeżo, ale smakują dość specyficznie, jakby ktoś zapomniał dodać do nich mięsa. Mielonej wieprzowiny uraczyłem w śladowych ilościach, a w farszu przeważał ryż (!) i grzyby mun oraz kapusta, dużo kapusty. Kapusta została dołączona także w postaci surówki, która chyba jednak została podana mi po jakimś kliencie z poprzedniego dnia, który jej nie tknął. Surówka jest zdecydowanie za miękka i wodnista, jakby miała kilka dobrych dni. Bliżej jej do kiszonej, aniżeli świeżej białej kapusty.

Innym hitem są sosy, leżące na barze,  którymi można polać dania. Spytałem o najostrzejszy, więc pani poleciła mi jeden z nich, ostrzegając jednak, że naprawdę pali, czyli właśnie tak, jak lubię. Polewając nim sajgonki ostrzyłem sobie zęby, że przynajmniej ostrości w tym barze mi nie zabraknie, skoro smacznego jedzenia nie uświadczyłem. Niestety, sos okazał się sosem słodkim, więc z ostrości nici.

Po sajgonkach przyszedł czas na kurczaka w cieście kokosowym.

wietnamska 4

Już pierwszy rzut oka wystarczy, żeby spostrzec się, że coś tutaj nie gra. Danie i owszem, jest ogromne, ale kawałki kurczaka nie są dokładnie obtoczone w cieście, a sama panierka wręcz ocieka tłuszczem. Ktoś tu chyba zapomniał dobrze zagrzać frytownicę. Do dania dołączona jest ta sama surówka co do sajgonek, więc sobie odpuszczam, ryż ugotowany w porządku, szkoda tylko, że nie ma możliwości polać go niczym ostrym.

Kurczak jest usmażony prawidłowo, delikatny w środku, ale to co dzieje się na zewnątrz, to istny dramat. Panierka w żaden sposób nie chce trzymać się mięsa, a po nakrojeniu, na talerz wypływają takie ilości tłuszczu, jakby ktoś po usmażeniu oblał danie jeszcze olejem.

wietnamska 5

Zjadam trzy kawałki i odpuszczam, bo zwyczajnie nie chcę się zatruć. Warzywa dołączone do dania, a właściwie jakieś odrzuty, czyli dwa kawałeczki kalafiora i trzy ziarenka groszku kompletnie bez smaku…

Jeszcze nie zdarzyło mi się nikogo tak skrytykować, ale ten bar od A do Z, od obsługi, poprzez wystrój i na jedzeniu kończąc jest fatalny. Sądząc po podanych mi daniach, nie wierzę, że inne potrawy są smaczne. Zwyczajnie nie mogą.

Bong Sen położony jest niby w bliskiej okolicy centrum, ale tak naprawdę w fatalnym miejscu, w wąskiej uliczce, gdzie nie da się zaparkować. Ten bar nie jest stworzony dla osób, które chcą podczas pracy wpaść coś zjeść na szybko. Żeby znaleźć miejsce parkingowe niedaleko, trzeba się trochę najeździć. Ja już nie zamierzam.

Bong Sen Kuchnia wietnamska

ul. Poniatowskiego 10/1 B